Moje wspomnienia z dawnego Lwowa

-a A+

Urodziłem się na osiedlu Kulparków. Mieszkałem przy ul. Zakładowej (ob. Włodzimierza Wielkiego).

Była to długa ulica, łącząca ul. Stryjską z Kulparkowską i przebiegała na południe od szpitala dla umysłowo chorych, zwanym Zakładem Kulparkowskim. Przy naszej ulicy stał jednoołtarzowy kościółek, należący do parafii Marii Magdaleny, parterowa pięcioklasowa szkoła początkowa, do której chodziłem, zagrody gospodarzy i cmentarz kulparkowski.

Zakład był samowystarczalny – wyżywienie chorych zapewniał z własnej gospodarki. Przy zakładzie były pola, dwa sady owocowe, folwark z hodowlą świń i mlecznych krów. Była też stajnia dla koni, które wykorzystywano do pracy w gospodarstwie. Przy zabudowaniach szpitalnych był też olbrzymi park, a teren oświetlały latarnie gazowe. W czasie II wojny światowej Niemcy „pozbyli” się umysłowo chorych, a w szpitalu urządzili szpital dla swoich żołnierzy.

W 1932 roku, gdy nie miałem jeszcze dwóch lat, umarła moja matka. Wzięła mnie do siebie pod opiekę jej siostra i u niej wychowywałem się do czasu, aż wyjechała do Polski. Ciocia miała mały domek przy ul. Zakładowej. Miała dwoje własnych dzieci: córkę Jankę i syna Adama. Żyliśmy biednie. Latem chodziłem pasać krowy, aby chociaż jakoś wspomóc Ciocię. W 1944 roku pracowałem w gospodarstwie rolnym na Skniłówku, które należało do Rady Miasta. Codziennie rano woziłem z tego gospodarstwa produkty do stołówki w ratuszu. Do dyspozycji miałem wóz zaprzężony w dwa kucyki.

Ciocia po wojnie wyjechała do Kłodzka, a ja zostałem we Lwowie. W 1950 roku zostałem powołany do wojska do Baszkirii, ale po roku służby – zdemobilizowany i wysłany do pracy na budowie do Kazachstanu.

W 1968 roku Ciocia przysłała mi zaproszenie do odwiedzenia jej. Byłem bardzo wzruszony i miałem łzy w oczach, gdy na polskiej granicy zobaczyłem żołnierza w polskim mundurze i z orzełkiem na czapce.

Po powrocie z Polski pod wpływem tych emocji napisałem taki wiersz:

Przeszło dużo lat,
Kiedy polski kwiat
Był wyrwany pociskiem Hitlera,
Ale nie zginął kwiat,
Chociaż tyle lat
Był deptany obcasem oficera.
Dawno minął czas wojny,
Polski żołnierz zbrojny
Na granicach zwróconych Ojczyźnie
I kwitnie ten kwiat
Ponad tysiąc lat
Na sztandarach kochanej Ojczyzny.

Po odwiedzinach Cioci zrozumiałem, ile dobrego dla mnie zrobiła i jak jej ciężko było wychowywać jeszcze mnie obok dwójki własnych dzieci. Swoją wdzięczność dla niej wyraziłem takimi słowami:

Na cmentarzu lwowskim,
Tam na siódmym polu
Leży moja Matka, już od wielu lat.
Tyś po śmierci siostry
Wzięłaś mnie do siebie
I w swym małym domku wychowałaś nas.
Janka była starsza,
Adam średni był
I mnie choć siostrzeńca
też kochałaś Ty.
Ile za mnie w życiu
Nocy nie dospałaś
Skąd się brała siła w złotych rękach Twych.
Tyś mnie wychowała,
Dzięki Ci za wszystko
I w pamięci mojej zawsze będziesz Ty.

Niestety, ukończyłem tylko pięć klas w szkole przy ul. Zakładowej, potem musiałem już zarabiać na życie i talerz zupy. Ale te słowa, które mi się zrymowały, pisałem sercem, bo tak czuło moje serce…

Jan Olszewski
Tekst ukazał się w nr 6 (298) 27 marca – 12 kwietnia 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.