Jabłonowscy. Część II

-a A+

Znane polskie rody na wschodzie Rzeczypospolitej

Kontynuujemy publikację materiałów, poświęconych jednemu z najbardziej znanych polskich rodów, którego okres rozkwitu przypadł na XVII–XVIII wiek.

Powróćmy w okolice Stryja koło Lwowa. Drogą Stryj – Żurawno dojeżdżamy do miejscowości Podhorce. Tu rozpoczyna się olbrzymi płaskowyż, ciągnący się aż do podnóża Karpat. Po lewej od drogi jest internat, w parku stoi opuszczony pałac. W XVIII wieku książę Józef Aleksander Jabłonowski – założyciel znanego towarzystwa naukowego „Societas Jablonoviana” wybudował pałac, który już na początku XIX wieku znalazł się w ruinie. Ten przedstawiciel rodu Jabłonowskich wsławił się swoim mecenasowaniem oraz naukowym i nawet historycznym dorobkiem poetyckim. Jego towarzystwo naukowe, założone w 1774 roku w Lipsku, działa do dziś. W swoich licznych rezydencjach na Wołyniu i w Lachowcach (dziś Biłohirja) w obw. chmielnickim zebrał pokaźne kolekcje starożytności. Książę był przeciwnikiem wpływów rosyjskich na Rzeczpospolitą i zawsze aktywnie wspierał króla Stanisława Leszczyńskiego, po pierwszym zaś rozbiorze Polski wyemigrował do Lipska.

W 1817 roku pałac w Podhorcach kupił bogaty spolonizowany Żyd Józef Brunicki i wkrótce przebudował pozostałości majątku Jabłonowskich, dodając do bocznej fasady dwa wysokie ryzality z wieżami. Do 1939 roku gmach był kilkakrotnie przebudowywany. Został nakryty dachówką, gdyż poprzednie nakrycie dachu zostało zniszczone podczas I wojny światowej.

We wnętrzach pałacu Brunickich można było zobaczyć spiżowe i kryształowe kandelabry, bibliotekę i antyczne meble. Nad głównym wejściem umieszczono pozłacany napis: „…aby w te drzwi nie wchodziło nic złego, jedynie szczęśliwi, mądrzy i szczerzy”, który był bardzo podobny do zarozumiale romantycznego napisu nad wejściem do pałacu Potockich w Tulczynie. Niestety, nic pięknego, a tym bardziej nikogo szczęśliwego, mądrego i szczerego tu nie ma – Sowieci ograbili pałac doszczętnie i po wojnie umieścili w nim zarząd gospodarstwa rybnego. Z pewnością natchnął ich do tego szklany sufit-akwarium jednej z sal. Nowi gospodarze pozostawili po sobie same ruiny: stropy w kilku miejscach zapadły się, są ślady pożaru. W 2017 roku pałac ktoś kupił i rozpoczęto jego gruntowny remont.

Kolejny obiekt, powiązany z Józefem Aleksandrem Jabłonowskim, znajduje się we wspomnianych już Lachowcach (Biłohirju). Jest to dawny klasztor dominikanów, który nadal pozostaje główną atrakcją miasteczka. Fundatorem klasztoru (1612 rok) był Paweł Krzysztof Sieniuta Lachowiecki, który uczcił w ten sposób swoje nawrócenie na wiarę katolicką (jego rodzina wyznawała kalwinizm). Niemniej, przed śmiercią w 1640 roku, po trwałym konflikcie z… dominikanami, znów przeszedł na arianizm. Wiadomo, że fundator nawet ulokował arian w klasztorze, jednak niedługo uczyli tu swych dogmatów i zostali wypędzeni.

Po Pawle Krzysztofie budowę drewnianego (?) kościoła zakończyła Anna z Sieniutów Opalińska, przy pomocy rodzin Sapiehów, Leszczyńskich i Józefa Aleksandra Jabłonowskiego, i wszyscy donatorzy zostali pochowani w jego kryptach. Kościół został konsekrowany pw. św. Trójcy, Wniebowstąpienia NMP i św. Piotra i Pawła. Jego budowę ukończyli już sami dominikanie.

Znany jest fakt, że w 1789 roku świątynia została konsekrowana na nowo. Prawdopodobnie wówczas powstały już murowane zabudowania klasztorne oraz kościół z dwiema wieżami na fasadzie. Jednak prawdopodobnie kościół wówczas był jeszcze w budowie, bowiem w 1829 roku został konsekrowany po raz trzeci. Kościół miał 10 ołtarzy. W ołtarzu głównym umieszczono obraz św. Trójcy, koronującej Matkę Boską. Wnętrze było bogato dekorowane sztukaterią i freskami z herbami rodzin Sieniuta i Jabłonowskich. Cechą charakterystyczną kościoła była okrągła rama nad ołtarzem, w której umieszczano rożne obrazy, w zależności od okresu roku kościelnego.

W 1859 roku klasztor został zlikwidowany i kościół przez jakiś czas był świątynią parafialną. Po powstaniu styczniowym został przekazany prawosławnym. Po pierwszej wojnie światowej kościół zwrócono katolikom, lecz ponownie został zamknięty w okresie stalinowskim. Wtedy umieszczono tu klub i bibliotekę. Następnie kościół przedzielono na kondygnacje, zniszczono boczne wieże i rozebrano organy. W klasztorze działał Dom pionierów, biura inspekcji drogowej i straż pożarna. Od 1990 roku zabytek przekazano etapami katolikom i dziś jest tu czynny klasztor. Ojcowie pallotyni, którzy umieścili tu postulat, konsekrowali wyremontowaną lewą nawę kościoła pw. św. Wincentego a Paulo. Rozebrano sowieckie stropy w nawie głównej, ale prace remontowe jeszcze trwają. Między innymi, zostały odbudowane, ale już o wiele skromniej, obie boczne wieże na fasadzie.

Polski podróżnik Zbigniew Mauzer pisze, że w klasztorze przechowywana była stara ikona Matki Bożej z Dzieciątkiem w srebrnych szatach, ale jej nie oglądał. Natomiast jeden z zakonników zaprowadził mnie na dziedziniec wewnętrzny i do klasztornych podziemi i pokazał miejsce, gdzie złożone zostały kości pomordowanych przez NKWD ofiar. Szczątki zostały godnie pogrzebane. Trudno dziś uwierzyć, że jeszcze przed kilkoma laty była tu kompletna ruina.

Kościół w Bołszowcach w odbudowie (fot. Dmytro Antoniuk)

Przenieśmy się pod Stanisławów. Dawny klasztor oo. karmelitów trzewiczkowych w Bołszowcach jest teraz potężnym ośrodkiem rekolekcyjnym, miejscem spotkania młodzieży, konferencji naukowych i Domem pielgrzyma. Obecnie miejsce to nosi miano Centrum Pokoju i Pojednania. Opiekują się nim franciszkanie. 16 lipca ściągają tu, podobnie jak do Berdyczowa czy Latyczowa, setki pielgrzymów na odpust Matki Bożej Szkaplerznej. Pielgrzymi zmierzają tu pieszo ze Lwowa, Tarnopola, Kołomyi i Turki.

W 1990 roku ruiny tego zabytku zostały przekazane katolikom, ale pieniędzy państwowych wystarczyło jedynie na sporządzenie dokumentacji odbudowy. Fundusze na odbudowę przekazało Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP. Za te koszty został całkowicie odbudowany kompleks klasztorny i brama. Został odbudowany również kościół i obecnie trwają jedynie prace wykończeniowe.

Początek konwentu oo. karmelitów trzewiczkowych wiąże się z przypadkiem, który zdarzył się hetmanowi Marcinowi Kazanowskiemu w 1620 roku. Idąc wówczas na odsiecz przeciwko Tatarom, wyłowił z Dniestru obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem, uznając to za dobry znak. I tak się stało – oddział Kazanowskiego pokonał o wiele liczniejszy oddział ordyńców. Wówczas Hetman przeniósł ikonę do swej prywatnej kaplicy w Bołszowcach, gdzie „nocą biło od niej światło i jakieś cudowne migotanie”.

Rzecz jasna, przyciągało to wiernych, i Kazanowski postanowił wybudować opodal murowany klasztor dla karmelitów trzewiczkowych, do którego w 1624 roku został uroczyście przeniesiony cudowny obraz. Niestety, wiek XVII dla klasztorów na tych terenach nie był szczęśliwy. Karmelici zmuszeni byli do ucieczek z klasztoru w latach 1648, 1649, 1651, 1655, 1657 i 1671. Uciekali przed kozakami, Turkami, Tatarami i Szwedami. Podczas ostatniej ewakuacji klasztoru zakonnicy zabrali cudowny obraz i umieścili go we lwowskiej siedzibie konwentu, gdzie przebywał do 1718 roku.

Dopiero po wojnie północnej karmelici trzewiczkowi zaczęli budować nowy murowany kościół, ponieważ poprzedni nie nadawał się do odbudowy. Pomógł im w tym płk. Jan Gałecki, który wniósł koszty na budowę nowego klasztoru, jako wotum za swoje ocalenie dzięki obrazowi Matki Bożej Bołszowieckiej (w tym czasie były znane przypadki uzdrowienia, a nawet wskrzeszenia dzięki modlitwom przed obrazem). Świątynia została ukończona w 1728 roku, ale prace wewnątrz trwały jeszcze i były finansowane przez Jabłonowskich i Stanisława Ostroróga.

15 sierpnia 1777 roku odbyło się jedno z najbardziej pamiętnych wydarzeń w historii klasztoru: lwowski biskup sufragan Kryspin Cieszkowski konsekrował świątynię, przebudowaną w stylu późnego baroku pod wezwaniem Zwiastowania NMP. Wewnątrz wykonano freski, których autorem był prawdopodobnie Piotr Polejowski – uczeń Meretyna i Pinzla. Wszystko to było jedynie oprawą głównego wydarzenia, czyli koronacji cudownego obrazu Matki Bożej Bołszowieckiej (jest to kopia dzieła Łukasza Cranacha starszego „Madonna pod jabłonią”, przechowywanego obecnie w Ermitażu).

Poznański wojewoda Antoni Barnaba Jabłonowski, który podpisywał Konstytucję 3 Maja i walczył o niepodległość Polski razem z Kościuszką, przekazał pokaźną sumę na uroczyste uczczenie obrazu. W uroczystościach brali udział kapłani katedry lwowskiej, liczne duchowieństwo, szlachta galicyjska i z całego województwa ruskiego, a także przedstawiciele cechów i wojskowi.

Pokarmelitański kościół w Bołszowcach (fot. Dmytro Antoniuk)

Ponieważ na uroczystość zebrały się liczne tłumy wiernych, obraz wystawiono w kaplicy za miasteczkiem, a potem uroczyście wniesiono do kościoła, „iluminowanego od zewnątrz i wewnątrz”. Grała orkiestra, biły dzwony, strzelano z armat. W kościele obraz ukoronowano i z balkonu na fasadzie kościoła błogosławiono nim zebranych wiernych. Następnie umieszczono go w ołtarzu głównym. Z nastąpieniem zmierzchu rozpoczęto fajerwerki, które składały się z „ogni bengalskich różnych kolorów”.

Z uwagi na znaczenie bołszowieckiego klasztoru, który stał się jednym z głównych ośrodków kultu maryjnego w Galicji, Austriacy go nie skasowali. Tym bardziej, że działała przy nim publiczna szkoła podstawowa, a zakonnicy zajmowali się dobroczynnością. W 1853 roku korony z cudownego obrazu zostały skradzione, ale wkrótce odnaleziono je w jednej z sąsiednich wiosek. Złodziej zdążył je jednak uszkodzić. Ówczesny właściciel Bołszowiec Kornel Krzeczunowicz opłacił remont koron, które zostały ponownie poświęcone przez papieża Piusa IX i znów zalśniły na obrazie. Stało się to w dobrym czasie, bowiem już wkrótce obchodzono 100-letni jubileusz koronacji obrazu – uroczystość nie mniej wspaniałą, niż sama koronacja.

Był to już chyba koniec dobrych czasów dla bołszowieckich karmelitów. Gdy zabrzmiały wystrzały I wojny światowej, braciszkowie razem z relikwią wyjechali do klasztoru w Pilznie, i po odwrocie Rosjan znów powrócili do Bołszowiec. We wrześniu 1916 roku znów podeszły pod miasteczko wojska carskie i ostrzelały konwent. Przeor o. Teodor Bajorek zdążył jednak zabrać z ołtarza głównego cudowny obraz i Najświętszy Sakrament i przejść do krypt, gdzie przechowywało się już około 300 osób z miasteczka. Austriacy, utrzymujący jeszcze Bołszowce, nakazali wszystkim natychmiastową ewakuację, wiec karmelici znów przenieśli się do Lwowa. Odważny przeor po kilku dniach jednak powrócił, aby zabrać księgi kościelne.

W ciągu prawie roku Bołszowce przechodziły z rąk do rąk. Miasteczko zostało kompletnie zdewastowane. Zniszczenia nie ominęły też klasztoru. Żołnierze austriaccy rozebrali na opał ambonę i ławki, zniszczyli freski w zakrystii i splądrowali krypty. Po wojnie rozpoczęto długotrwały remont, po którym wystrój zewnętrzny stał się skromniejszy. Dopiero w 1930 roku do kościoła powrócił cudowny obraz. W uroczystościach wziął udział biskup lwowski Franciszek Lisowski i biskup greckokatolicki Mykyta Budka.

Jak widać, mimo iż bołszowiecką ikonę czcili zarówno Polacy, jak i Ukraińcy, w marcu 1944 roku bojówkarze UPA zamordowali o. Bartłomieja Czosnka. Po tym wydarzeniu relikwia została znów przewieziona do Lwowa, stąd do Krakowa, a potem do Gdańska do kościoła św. Katarzyny, gdzie znajduje się do dziś. Kościół był czynny do 1947 roku, po czym zamieniono go na magazyn zboża, jedno zaś ze skrzydeł klasztoru – na chlew.

Gdy świątynia została zwrócona, była w stanie opłakanym. Wewnątrz pozostały resztki ołtarzy bez obrazów. Zniszczono niektóre pilastry. Z XVIII-wiecznych fresków ocalały bardzo zniszczone fragmenty pod chórem i malowidło „Wskrzeszenie Piotrowina przez św. Stanisława” oraz „Cud św. Eliasza” z herbem Jabłonowskich i szczątkami napisu: „…ORNAVIT” (upiększył) w prezbiterium. Ocalały portrety czterech przedstawicieli rodu Jabłonowskich przy prawym bocznym ołtarzu. Przy wejściu pozostała strzaskana marmurowa czasza na wodę święconą. I to wszystko.

W 2002 roku w ołtarzu głównym umieszczono kopię cudownej ikony Matki Boskiej Bołszowieckiej, przywiezioną z Gdańska. Sądzę, że to dzięki jej wstawiennictwu tak cudownie postępuje odrodzenie zabytku.

Dmytro Antoniuk
Tekst ukazał się w nr 2 (294) 30 stycznia – 12 lutego 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.