Polsko-polskie rozmowy w kwestii ukraińskiej

-a A+

O osobliwościach polsko-polskich rozmów na polsko-ukraińskie tematy słów kilka.

Dokładnie tak – nie o polsko-ukraińskie, a właśnie o polsko-polskie rozmowy o polsko-ukraińskich sprawach tym razem mi chodzi. Uważam bowiem, że są to ważne rozmowy, bo to one właśnie o późniejszej formie i treści tych polsko-ukraińskich rozmów decydują. Chcę o nich napisać między innymi dlatego, że są one bardzo specyficzne tak ze względu na mające miejsce polsko-polskie jak i polsko-ukraińskie konflikty. Jednocześnie pragnę czytających uprzedzić, że to będzie bardzo osobisty tekst. Tekst o moich smutkach, lękach, ale także o radości i nadziei.

Z polsko-polskimi rozmowami o Ukrainie kłopot pierwszy, czyli problem rozmów „na szczytach”. Nie wiem czy tylko ja tak to odbieram, ale nie potrafię uciec od wrażenia, że styl i treść polsko-polskich rozmów o Ukrainie, prowadzonych przez polskich polityków, są zakładnikami polityki wewnętrznej. Po długich obserwacjach jestem w zasadzie przekonany, że szczególnie tam, wśród „wielkich”, w polsko-polskich o Ukrainie dyskusjach, pytanie jaka rzeczywiście jest ta Ukraina, czy Polsce trzeba iść dalej razem z Ukrainą czy oddzielnie, a może warto iść przeciwko Ukrainie – jest pytaniem drugorzędnym. Pierwszoplanowym problemem jest bowiem nie to, jaka jest Ukraina i jak polskie stosunki z tą Ukrainą układać, a to by realność „przyciąć” tak, by pasowała do realizacji założonych celów, by polskim wyborcom się spodobać albo (przy zręcznym wykorzystaniu „ukraińskich tematów”) jakowyś swój „interes” załatwić. Stąd „wielcy” polskiej sceny politycznej (w znamienitej większości) mówią o Ukrainie i o polsko-ukraińskich sprawach albo tak, jakby kompletnie problematyki nie znali, albo tak, by nic nie powiedzieć i nikomu się nie narazić (tak nawet czasami lepiej), albo tak jak uważają, że będzie to miło ich elektoratowi usłyszeć, albo tak, by swoje interesy wspierać. Na marginesie zauważę – podobnie jest także w przypadku ukraińsko-ukraińskich rozmów o Polsce, ale nie o tym teraz.

Taki stan rzeczy tworzy specyficzną atmosferę polskich rozmów o polsko-ukraińskich sprawach i atmosfera ta obiektywności, rzeczowości i logice prowadzonego dyskursu niezbyt sprzyja. W imię taktycznych, wewnętrznych zwycięstw poświęcane są sprawy strategiczne i międzynarodowe i czynione jest to najczęściej przy użyciu metod wątpliwych. Populizm, propaganda, stereotypy, manipulacja, a nawet kłamstwo. Urzędnicy, politycy, historycy, eksperci – „wielcy” jednym słowem – zachowują się tak, jakby ich partyjny lub grupowy interes był ważniejszy niż uczciwość, prawda, logika, czy polska racja stanu. Niektóre ich opinie o Ukrainie i polsko-ukraińskiej problematyce świadczą o ignorancji, instrumentalizacji, manipulacji i złej woli, i chociaż jednoznacznie ani logicznej analizie stanu rzeczy, ani polskiej racji stanu nie służą, to są użyteczne na polskim „podwórku”. Podobna ocena istniejącego stanu jest nie tylko mnie właściwa – zainteresowanych odsyłam do wielokrotnie już przeze mnie cytowanego (przy różnych okazjach) artykułu autorstwa lwowianina, historyka i politologa Tarasa Wozniaka w ukraińskim, kulturoznawczym czasopiśmie „Ji”. Napisał on: „Mam wrażenie, że w polsko-ukraińskich sporach, polscy i ukraińscy urzędnicy państwowi nie interesy swoich państw reprezentują, ale swoich środowisk, partii politycznych, a nawet swoje osobiste”. Niestety, nie sposób nie przyznać racji.

Prawda, są wyjątki. Tak, z rzadka, ale jednak udaje się mi zauważyć, że ktoś z tych „wielkich” (specjalnie tak piszę, gdyż „wielcy” – to dla mnie o wiele szersze pojęcie od pojęcia „rządzący” czy „opozycja”) wychodzi poza opisany schemat. Zaznaczam to specjalnie i z nadzieją w sercu zaznaczam – chociaż jest to zjawisko rzadkie, jednak się trafia. Znajdują się „wielcy”, dla których nie sondaże są najważniejsze, nie schlebianie gustom tej czy innej grupy, lecz to jaki jest stan rzeczy faktyczny, jakie problemy polsko-ukraińskie realnie istnieją, czy i jak można zrobić coś pozytywnego. Są i tacy. Chwała im za to i pokłon, bo wymaga to od nich nie tylko odwagi, lecz i posiadania „grubej skóry”.

Dlaczego tak jest? Dlaczego mało kto „w wierchach” chce mówić i pisać szczerze i uczciwie o tym, co o Ukrainie i polsko-ukraińskich sprawach myśli? Dlaczego ktoś odważa się polsko-ukraińskim problemom trafną postawić diagnozę i zaproponować realną kurację choroby? Ano, już napisałem – polityczna poprawność, polityczne kunktatorstwo, sondaże, wybory, interesy (nie tylko polityczne), chęć bycia postrzeganym przez innych jako „biały i puszysty”. Do tego jest jeszcze strach przed krytyką, szczególnie tą chamską, pełną nienawiści i chęci skrzywdzenia. Na koniec, na to wszystko „nakłada” się jeszcze polsko-polska wojna, w której „sprawa ukraińska” jest jedynie orężem. Niestety, ale właśnie tak uważam! Polsko-ukraińskie problemy są w tej polsko-polskiej wojnie używane instrumentalnie, by jednym coś wytknąć, drugim „przyłożyć”. Różowe okulary jednych, czarne wizje drugich – i jedne, i drugie niewiele ze stanem faktycznym mające wspólnego – są w tej wojnie bardzo użyteczne. Co istotne, to właśnie ich użyteczność, a nie prawdziwość, dla ich użytkowników, jest najważniejsza i jeśli tak, to trudno się dziwić, że o prawdę, uczciwość i dobre zamiary w tej polsko-polskiej dyskusji jest bardzo trudno.

Trochę „niżej szczytów” jest niby nieco lepiej, ale… Jeśli już jakiś dziennikarz, ekspert, aktywista – nie taki z „najwyższej półki” – na napisanie prawdy, lub uczciwe podzielenie się poglądami na „ukraińskie tematy” się zdobędzie, jeśli w miejsce schlebiania jednym czy drugim prawdę napisze i rozumem, a nie emocjami się posłuży i tym samym zza tarczy politycznej poprawności się wychyli, z bezpiecznego i cichego kąta wyjdzie, na możliwe straty czy korzyści nie zważając, w Polsce o polsko-ukraińskich sprawach, o Ukrainie, coś „niepasującego” do stereotypów, rozumnego i logicznego napisze, to musi być gotowy, że wcześniej czy później przyjdzie mu za to zapłacić. Zaatakują go praktycznie wszyscy. Pierwsi będą ci zaangażowani w polsko-polską wojnę. Kolejni będą ci, którym Ukraina i polsko-ukraińska współpraca jest „solą w oku”. Jeszcze i „dyżurni antybanderowcy” (o nich jeszcze napiszę) się dołączą. Będą manipulowali, szydzili, kłamali, lżyli, poniżali. Niezależnie od oceny tak czyniących – to jednak zawsze boli i zniechęca. Trudno jest po czymś takim kolejny raz na szczerość opinii się zdobyć. Pojawia się myśl – a może nie warto?

Raz jeszcze – pomimo tego, że to nie jest ani proste, ani miłe (z wielu przyczyn), to tak na „szczytach”, jak i „pod szczytami” – można znaleźć „sprawiedliwych”, którzy bez zważania na cenę, ból i zniechęcenie, prawdę mówią i piszą. Prawda, ich od lat nikt nie zaprasza „na salony”, nie są oni pupilami polityków wszelkich opcji, redakcji rozmaitych. Za to cierpią ze strony propagandystów i ignorantów najdziksze zarzuty, muszą znosić kpiny, leją się na nich internetowe pomyje. Męczennicy? Święci? Nie! Zwyczajnie – uczciwi ludzie.

Wiem o czym piszę. Mieszkam w Ukrainie lat 15. Polak, patriota mej Ojczyzny, a jednocześnie ktoś kto umie godzić w sercu polską i ukraińską miłość. Może właśnie dlatego, że jeszcze miłość jest dla mnie od nienawiści ważniejsza, potrafię tak na Polskę, jak i na Ukrainę patrzeć zarówno miłującym jak i krytycznym wzrokiem i żadne polsko-polskie czy polsko-ukraińskie wojny nie są w stanie zniekształcić mi obrazu. Kiedy więc za klawiaturę siadam i kolejny artykuł piszę moimi uwagami się dzieląc – to piszę szczerze, o tym, w co wierzę i co myślę. O tym jaką Polskę i jaką Ukrainę widzę. Także o tym, jakie widzę polsko-ukraińskie problemy, z czego one wynikają i jak, moim zdaniem, rozwiązywać je można. Nic więcej. Mam do tego prawo? Podobno demokracja, tolerancja, kultura… Tymczasem nic z tego!

Konkrety? A proszę! Chociażby mój ostatni artykuł (dla Kuriera Galicyjskiego), w którym się z czytelnikami refleksjami o warszawskiej manifestacji „środowisk narodowych” pod ambasadą Ukrainy podzieliłem. Napisałem spokojny, szczery tekst o tym, co myślę o podobnych działaniach. Tekst został powielony przez kilka popularnych portali internetowych, w tym kresy24.pl. Świetnie! Czyżby? Zapewne w następstwie tego „powielenia” stało się to, czego się można było spodziewać – tekst przeczytali „dyżurni antybanderowcy” czyli ci, którzy „zawodowo” Ukrainy nie lubią, ci którzy jakiejkolwiek polsko-ukraińskiej współpracy wrogość zaprzysięgli – i rzucili się na mnie i niczym... (przepraszam, ale solennie sobie obiecałem nigdy nie używać porównań obrażających nie tyle porównywanych, a tych do kogo ich porównuję – dlatego pozostawiam wolną wolę czytelnikom – dopiszcie, doczytajcie sobie sami to, „niczym kto się rzucili”). Ja rozumiem ich reakcję – tekst i jego popularność musiał bardzo ich „zaboleć”. Artykuł, który nie tylko krytykuje zasadność opisanych działań, ale robi to w miarę logiczny sposób (mam nadzieję), bez kpin, wyzwisk, zniewag i co (chyba to też miało spore znaczenie), jest utrzymany poza konwencją polsko-polskiej wojny. Bez emocji – pytania, odpowiedzi, logika. Tylko tyle. Do tego jednak (przepraszam, ale chcąc myśl ubrać w słowa – nieco zapewne przesadzę) – chyba jednak tekst szczery i do tego „niepokorny”. Oj, zabolało…

Obiecałem wyjaśnienie, dlaczego to ja o jakichś tam „dyżurnych antybanderowcach” piszę i dlaczego uważam, że są oni przeciwnikami jakiejkolwiek współpracy pomiędzy Polską i Ukrainą. Otóż w Polsce, pomimo czynionego przez nie medialnego i politycznego szumu, środowisko osób „animujących” antyukraińskie awantury jest raczej nieliczne, a przez to dobrze znane. Nie, nie! Nie śledzę ich poczynań, nie szukam z nimi wywiadów, a ich (zazwyczaj) propagandowe, a nierzeczowe i wręcz boleśnie przewidywalne wypowiedzi na temat Ukrainy i polsko-ukraińskich spraw – snu mi z oczu nie spędzają! Zwyczajnie – zajmując się problemami przeróżnych, wybuchających ostatnio polsko-ukraińskich konfliktów, od czasu do czasu „wpadam” na agresywne, ignoranckie i propagandowe teksty autorstwa ciągle tych samych osób. Kilkanaście razy powtarzających się (w różnej konfiguracji) nazwisk.

Cóż, nie przypominam sobie (a Bogu dzięki, z pamięcią jeszcze problemów nie mam) aby te osoby napisały KIEDYKOLWIEK i COKOLWIEK pozytywnego o Ukrainie. A przecież nawet jeśli podchodzić do sprawy w sposób czysto statystyczny, TO NIEMOŻLIWE by w tak WIELKIM jak Ukraina kraju niczego (z polskiego punktu widzenia) pozytywnego doszukać się nie można było! Nie pamiętam też tego, by osoby te wspomniały o JAKICHKOLWIEK korzyściach już nawet nie ze współpracy, ale chociażby z braku polsko-ukraińskich konfliktów płynących. W zamian za to – nie pomijają one ŻADNEJ okazji by na Ukrainę zelżyć, nowe sprokurować awantury, a do już rozpalonych konfliktów oliwy dolać, Polaków i Ukraińców w kolejną wojnę wciągnąć. Więcej! Jeśli takiej okazji nie mają – sami ją stwarzają! Oczywiście, wszystko to czynią pod płaszczykiem polskiego patriotyzmu, polskiego interesu narodowego, „antybanderyzmu” i innych, podobnych „anty”. Tymczasem, moim zdaniem, to kamuflaż tylko. Jeśli bowiem logicznie zestawić problemy (te, z którymi niby walczą lub walczyć zamierzają), cele które pragną osiągnąć (przynajmniej te deklarowane) i metody działania które są im właściwe (a które powinny pozwolić zrealizować deklarowany cel i głoszony problem rozwiązać) to kompletny chaos i bezsens powstaje! Dlatego też te osoby nazywam „dyżurnymi antybanderowcami” – o Ukrainie i polsko-ukraińskich sprawach WIEDZĄ NIEWIELE, za to piszą/mówią o nich ZAWSZE i ZAWSZE NEGATYWNIE. Dyżurni „anty” i tyle.

Nie pamiętam też by (te osoby) natychmiast nie podchwyciły nawet najcichszej, lichej, nieistotnej, marginalnej negatywnej (dla wizerunku Ukrainy w Polsce) wieści, by ją następnie rozdętą i przeinterpretowaną, często karykaturalnie zmanipulowaną, na swe bojowe rzucić sztandary. Dalej – mają ułatwione zadanie – różne media w pogoni za skandalem i sensacją (oczywiście w pojęciu „redaktorów” – to zero polityki, to tylko business) radośnie te „newsy” podchwytują i kolportują szeroko. Wielokrotnie, oszołomiony jakąś „straszną” wieścią brałem się za jej potwierdzanie. Cóż, najczęściej w rezultacie tego „straszny i groźny potwór” z wiadomości, zamieniał się w „mruczka”. Ot, taka to ich wiarygodność.

Jak już pisałem – są one (te osoby) przeciwnikami JAKIEJKOLWIEK polsko-ukraińskiej współpracy i w miejsce propozycji tejże zajmują się artykułowaniem kolejnych żądań i pretensji. Podobno jak Ukraina je spełni – wszystko „będzie dobrze”… Tymczasem moim zdaniem, jeśli ktoś ma złudzenia, że gdyby zostały spełnione, przez stronę ukraińską, WSZYSTKIE (nawet najbardziej fantastyczne i najdziksze) ich żądania, to zmieniły by one swój stosunek do Ukrainy i idei polsko-ukraińskiego współdziałania – to, potężnie się myli. Dlaczego tak twierdzę? Ano dlatego, że bardzo często budują one (te osoby) tą swoją narrację negacji, podejrzliwości, złośliwości, nienawiści, apokaliptycznych przepowiedni i ponurych wizji, nie na realnych problemach i ich potencjalnych skutkach, ale na problemach istniejących jedynie wirtualnie – najczęściej WYMYŚLONYCH specjalnie, by taką narrację i awantury móc czymś usprawiedliwiać. Tym samym – ośmielam się twierdzić – jeśli (hipotetyczne) spełnienie przez Ukrainę ich żądań miało by miejsce – pojawiły by się nowe żądania, w ich pojęciu – znowu uniemożliwiające polsko-ukraińską współpracę, za to pozwalające siać podejrzenia, złość i nienawiść.

Uwaga pewna (szczególnie dla tych „czytających inaczej”). Tak, REALNE polsko-ukraińskie problemy istnieją. Prawdziwe, trudne i wymagające rozwiązywania. Są jednak one (w przytłaczającej większości) inne od tych, których istnienie one (te osoby) usiłują nam wmówić. Jeśli już nawet „dyżurni” o którymś z realnych problemów wspomną, to przedstawiają go w „krzywym zwierciadle”, a proponowane sposoby jego rozwiązywania mają się do realiów nijak. W zasadzie, wszystkie działania proponowane czy inspirowane przez te osoby, nie tylko niczego nie rozwiązują (jeśli nawet taką chęć te osoby deklarują), za to kolejne stwarzają problemy. Uwaga w uwadze! Specjalnie nie używam nazwisk „tych osób”! Nie, nie boję się! Serio! Ja tylko może i naiwnie, ale w ten sposób (ich imion i nazwisk nie reklamując) zamierzam im ograniczyć „pole rażenia”. Skazanie na niebyt też jest bronią. Zresztą ci, którym polsko-ukraińskie sprawy są nieobce, wiedzą „o kogo chodzi”.

Uwaga druga. Nie widzę problemu w tym, że ktoś Ukrainę krytykuje. Ze smutkiem przyznaję – w Ukrainie wiele jest „nie tak” – tym samym jest co krytykować. Nie widzę też problemu w tym, że ktoś nie uważa, że współpraca Polski z Ukrainą jest właściwą drogą. Demokracja, tolerancja, wolność myśli, wolność słowa. Nawet – wolność demonstracji. Natomiast problemem dla mnie jest to, gdy dla osiągnięcia celów swoich ktoś kłamie, straszy, manipuluje. Gdy na ołtarzu korzyści własnych składa prawdę i rozsądek. Gdy myślącym inaczej krzykiem, wyzwiskami i kpinami „zatyka usta”. Gdy spór prowadząc – nie dyskutuje, a mówi. To właśnie w polsko-polskich rozmowach (szczególnie tych o Ukrainie) irytuje mnie najbardziej.

Wracając do „płacenia” za szczerość i tej szczerości krytyki. Moja gotowość do płacenia za to, że piszę to, co myślę wynika (w pewnej mierze) z przewidywalności pojawienia się takiej właśnie krytyki. Dlaczego jest ona przewidywalna? Gdyż o ile nie sposób jest przewidzieć zwykłych pomyłek i tego, że ktoś uwagę na nie zwrócić zechce oraz nie sposób przewidzieć który sąd i z jaką logiczną się spotka polemiką, to podobnie, jak „przy uderzeniu w stół” – „odezwą się nożyce” – czyli wystąpienie „dyżurnych antybanderowców” – tak co do jego treści, jak co do formy przewidzieć można bezbłędnie. Nawet zanim do pisania czegokolwiek związanego z Ukrainą się usiądzie. Tak więc siadając do pisania tekstu o „Zniewadze”, liczyłem się z tym, co mnie spotkało. Wszyscy którzy piszą to co myślą, z podobnym liczyć się muszą.

Cóż to więc czynią „dyżurni” z moim ostatnim w gazecie Kurier Galicyjski tekstem? Jedni wyrywają zdania z jego kontekstu i się nad nimi pastwią – chociaż wymowa całego urywka tekstu (z którego jest to zdanie wyrwane) czyni logikę tego pastwienia się bardziej niż ułomną. Drudzy tak manipulują słowami i pojęciami użytymi w tekście, że po tych manipulacjach otrzymują one zupełnie różne od zamierzonych przeze mnie znaczenia. Jeszcze inni udając prostaczków, którzy niby to nie rozumieją znaczenia słów, logiki myśli i pojęć. Dzięki temu czytając jedno, udają, że inne przeczytali – co na budowanie cudacznych narracji im pozwala. Ostatni, zapewne z poczucia obowiązku nie mogąc sobie na „odpuszczenie” pojawienia się podobnego tekstu pozwolić, odczuwając ciężar obowiązku na „dyżurnym” ciążący – czasu i sił nie tracąc, wszelką delikatność porzucają pisząc krótko i bez jakiejkolwiek finezji, że mój tekst jest głupi, że „to” poniżej krytyki, że wstyd itp. (oczywiście bez argumentów żadnych, dlaczego tak właśnie). Są jeszcze tacy co „radośnie” lżą i grożą, ale o tych to mi się nawet pisać nie chce.

Pytanie mam. Czy ktokolwiek sądzi, że podobna krytyka w jakikolwiek sposób wpłynie na mój sposób myślenia? Przekona mnie, że się mylę? Wyjaśni mi, maluczkiemu, że to moi krytycy, a nie ja, maja rację? Żarty! Tak, można mnie w ten sposób próbować zanudzać, straszyć, znieważać, zagłuszać, zniechęcać – ale nie przekonywać. No, a jeśli tak jest – to „pudło”! Całkowite! Zanudzić mnie trudno (sam nie najgorzej potrafię). Zastraszyć się nie dam (140 kg), zakrzyczeć też nie, a zniechęcić? Jak można zniechęcić kogoś, kto wierzy, że prawdę mówi i że tak czynić powinien? Że uczciwość i honor właśnie tego wymagają? Cóż, niech mnie tak dalej zniechęcić próbują…

Mam też na to pytanie odpowiedź! Przyjaciel zrozumieć mi to pomógł (dzięki wielkie!) – wcale nie przekonanie mej skromnej osoby „dyżurni antybanderowcy” za cel sobie stawiają! Mimo wszystko, przynajmniej niektórzy z nich, to nie głupcy! Wiedzą i rozumieją – przekonać można rozumnymi argumentami, logiką, prawdą, a przecież oni zdają sobie sprawę z tego, że niczym takim nie dysponują. Tak – mniemania, tak – manipulacje, tak – negatywne emocje! Ale argumenty?! Dlatego inną przyjęli strategię! Ich „dyżurowanie” na tym właśnie polega, że gdy pojawi się w Polsce jakikolwiek tekst, wywiad, artykuł, na logice i argumentach zbudowany (nieważne czy chwalący, czy krytykujący Ukrainę i ideę polsko-ukraińskiej współpracy) to starają się go pod emocjami pogrzebać, innych do czytania tegoż zniechęcić, autora ośmieszyć, obrzydzić. I stąd ta autorytarność, pogarda i chamstwo w ich komentarzach. Stąd manipulacje i wulgaryzmy. Nie, nie przekonać mnie one mają! One mają mnie zastraszyć i zniechęcić do pisania, a potencjalnych czytelników zniechęcić do czytania. Już przed przeczytaniem pierwszego tekstu słowa, narzucić im ocenę, że napisane jest głupie, bez sensu, paskudne i haniebne. I że czytać tego nie warto. I co najzabawniejsze, ja nie tylko wiem, dlaczego tak czynią (boją się, że logika i argumenty przekonać ich akolitów mogą), ale radość me serce pieści. Dlaczego? Ich reakcja oznacza, że moje pisanie ma sens!

Jak już pisałem – świetnie zdaję sobie sprawę, że w polskich oczach Ukraina i polsko-ukraińskie sprawy nie są proste i łatwe do oceny. Że istnieją polsko-ukraińskie konflikty – tak te związane z oceną historii, jak i te związane z interesami dnia dzisiejszego. REALNE konflikty! Uwierzcie – po 15 latach spędzonych na Ukrainie z polskim sercem bijącym mej w piersi, wiele więcej o nich wiem i o wiele lepiej zrozumieć ich przyczyny potrafię. Uwierzcie też, że nawet po 15 latach i lepszym rozumieniu tego, co się między Polska i Ukrainą kiedyś stało i tego co dzisiaj się dzieje, nadal z wielu powodów ból odczuwam. Ból, a nie nienawiść. Wiem też to, że rozwiązanie albo chociaż „stępienie” ostrzy tych polsko-ukraińskich konfliktów, zaleczenie bólu, nie jest i nie będzie proste. Jestem wyznawcą pewnej teorii traktującej o tym w jaki sposób można by próbować wyjść z polsko-ukraińskiego „zaklętego koła”. Nie miejsce jednak i nie czas na pisanie o tym. Wspomnę tylko że, moim zdaniem, nie ma mowy o żadnym „matematycznym” rozwiązaniu, o polsko-ukraińskim „spotkaniu się w pół drogi”, o kompromisie. Z różnych przyczyn. Jednak nie o tym – tym razem.

Oczywiste jest dla mnie, że spoglądając z Polski na Ukrainę, rozmyślając o polsko-ukraińskiej przeszłości i przyszłości – można popełnić błędy. Błędy tak „na plus”, jak i „na minus”. Zapewne tak bywa, że i ja się mylę. Jeśli tak jednak jest, jeśli już się mylę, a może nawet inaczej, jeśli ktoś inaczej któryś problem widzi – to oczekuję kulturalnej, spokojnej dyskusji. Takiej, w której każdy sąd będzie mógł na wsparcie logicznych argumentów liczyć. W takiej, w której wspólnie z moim antagonistą, w sporze będziemy szukali prawdy, a nie zwycięstwa. Takiej, której celem nie będzie poniżenie, znieważenie, ośmieszenie, zastraszenie. Czy o zbyt wiele proszę?

Ośmielam się o to prosić samozwańczo w imieniu tych wszystkich, którzy jeszcze nie stracili wiary w celowość szczerego i uczciwego mówienia/pisania tego, w co wierzą, do czego są przekonani. W imieniu tych, którzy mimo tego co ich złego w następstwie podobnej szczerości spotkało, nie przestraszyli się, nie zniechęcili, nie „zaszyli w ciemnych kątach”. W imieniu tych, którzy swoimi polsko-ukraińskimi refleksjami chcą się w Polsce z rodakami podzielić, a nie schlebiać czytającym/słuchającym wygadując/pisząc to, co chcą oni usłyszeć. W imieniu tych nielicznych „wielkich” i „maluczkich”, którzy jeszcze wiary w wartość i użyteczność prawdy i szczerości nie utracili. Przecież, do licha, jeśli polityczna poprawność, kunktatorstwo, propaganda, chamstwo, prowokacje, strach, kompleksy i nienawiść wygrają – nie warto będzie czegokolwiek słuchać/czytać, bo uczciwości i prawdy w tym żadnej nie będzie! Tymczasem jestem pewien, że polsko-ukraińskie sprawy dzisiaj właśnie tego potrzebują najbardziej…

Artur Deska
Tekst ukazał się w nr 7 (299) 13-24 kwietnia 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.