Czy agresja może być akceptowana?

-a A+

Jako że korzystam z gościnnych łamów Kuriera Galicyjskiego jak z „wolnej trybuny” umożliwiającej mi dzielenie się z czytelnikami moimi odczuciami, obawami i przemyśleniami, to rzadko kiedy mam wcześniej przygotowany tekst do druku.

Sprawy bowiem mają się tak, że w mojej biednej głowie zazwyczaj galopują jednocześnie dziesiątki myśli i pomysłów, opanowują mnie przeróżne nastroje, jedno mnie zachwyca, a inne oburza. A pomimo tego, że wiele z tego uważam za godne opisania, to zazwyczaj dopiero ostatnich kilka dni przed ukazaniem się kolejnego numeru Kuriera decyduję o tym, o czym napiszę. Nie, to nie jest tak, że piszę wyłącznie pod wpływem impulsu i ulegam emocjom. Raczej jest tak, że to kolejne wydarzenia dni ostatnich w jakiś szczególny sposób stają się albo katalizatorem, albo ilustracją dla dawno już w mej głowie błądzących idei. Tak jest i tym razem.

Zapewne nie tylko ja jestem przerażony i zniesmaczony panującą we wszystkich dziedzinach polskiego (i nie tylko polskiego) życia agresją. Taką bezrozumną, wszechogarniającą i wyrywającą się spod kontroli. Królującą w stosunkach międzyludzkich, w polityce, w dyplomacji nawet. Jest ona tak wszechobecna, że nie sposób jej tylko obserwować – czy się chce, czy się nie chce, przychodzi się z nią spotykać. Wdziera się wszędzie i to w najgorszy sposób – obraża, poniża, niszczy, rani. Deformuje myśli i słowa, manipuluje, kłamie, oszukuje. Wiem co piszę! Tak właśnie jest!

Polityczna wojna polsko-polska, spór polsko-ukraiński o historię i bohaterów, awantury: polsko-niemiecka, polsko-żydowska, warszawsko-brukselska. Feministki i ich przeciwnicy, proaborcjoniści i anty, ekolodzy i inni. Także w większości wszystkich innych sporów, kłótni, awantur i nieporozumień agresja stała się sposobem „spraw” prowadzenia. Mnie taki stan rzeczy męczy, boli, wpędza w depresję.

Uwaga dla „czytających inaczej”. To o czym piszę absolutnie nie jest głosem w którymkolwiek z trwających sporów – politycznych, ekologicznych czy innych. To – z jednej strony – kolejne „wołanie na puszczy” o powrót do cywilizacji ceniącej kulturę i potrafiącej wykazać się empatią i – z drugiej strony – także kolejna próba zwrócenia uwagi na to, że sposób prowadzenia sporu jest równie istotny dla jego rozwiązania jak istota tegoż sporu i używane w nim argumenty. Jeszcze jedna uwaga – to co piszę absolutnie nie jest nawoływaniem do politycznej poprawności, szczególnie tej znanej nam z ostatnich czasów, czyli w formie skrajnie wynaturzonej. Przepraszam za przydługi wtręt, ale kierując się doświadczeniem, pragnę uniknąć tego co już niejeden raz moje teksty spotkało – świadomego zmanipulowania, tendencyjnej interpretacji i przypisanie tego, czego w nich nie ma. Dlatego tak.

Zastanawiając się skąd się agresja bierze i dlaczego tak jest powszechna doszedłem do kilku wniosków, którymi (tylko kilkoma z nich) pragnę się z Czytelnikami przezacnego Kuriera podzielić. Jak zwykle nikomu niczego nie narzucam, żadnych nie daję recept – jedynie udostępniam „materiał do przemyśleń”. Jestem bowiem (jak zawsze) przekonany, że każdy sam powinien sobie receptę zestawić – inaczej „lekarstwo” nie zadziała.

To, o czym już kilkakrotnie wspominałem – Efekt Dunninga-Krugera. Mam wrażanie, że jest jedną z przyczyn panoszącej się agresji. W dobie Internetu praktycznie każdy może znaleźć o co w tym Efekcie chodzi – nie będę szczegółowo opisywał. W uproszczeniu i w skrócie – ten kto niewiele o czymś wie, wypowiadając się na tego „czegoś” temat, kompensuje swoją niewiedzę sposobem wypowiedzi – pewnością siebie, a niekiedy nawet agresją. Cóż, wielokrotnie sprawdziłem – to prawda. Czy to w realnych sytuacjach, czy to w „wirtualnym życiu” Internetu wielokrotnie zdarzało się tak, że „napadano” czy to na mnie, czy to na innych. Napadano bezlitośnie, używając insynuacji i inwektyw. Pretekstem dla takich „akcji” była zazwyczaj taka czy inna opinia przedstawiona w jakiejś sprawie. Opinia sprzeczna z opinią albo oczekiwaniem agresora. Agresor był pewien siebie, przekonany co do swoich racji oraz przekonany, że każdym kto inaczej myśli można pogardzać i przypisywać mu najgorsze. Tyle tylko, że wystarczyło nieco „podrapać”, poszperać, sprowokować do odkrycia wiedzy agresora i… okazywało się, że tej wiedzy praktycznie nie ma. Tak, są mniemania, czasami jest „kanon” (pisałem o nim w poprzednim tekście), ale wiedzy brak. Stąd agresja, która ma przestraszyć i uniemożliwić dyskusję. Ma zamienić spór w monolog. Ma zdeprecjonować oponenta i uczynić go w oczach – chociażby w oczach tylko tego agresora – niegodnym, niewiarygodnym, podłym. Ot i jedno ze źródeł agresji.

O wspomnianym „kanonie” Tak, pisałem już o nim, ale w innym nieco kontekście – polsko-ukraińskich spraw. Tym razem chciałbym wyjść poza ramy poprzedniego tekstu i zwrócić uwagę na to, że wiara w polityczny czy historyczny „kanon” daje poczucie bezpieczeństwa i zwalnia z potrzeby myślenia. „Kanon” jest świetnym lekarstwem na niewiedzę, gotowym „zestawem” opinii i ocen. Tak wiem – istnieje pojęcie „stereotyp” – dlaczego ja więc nie jego, a jakiegoś „kanonu” używam? Ano dlatego, że „stereotyp” nie obejmuje tego wszystkiego co się dookoła niego dzieje. Przywiązania, poczucia bezpieczeństwa u tych, których zwalnia z samodzielnego myślenia, agresji wywołanej jego zaprzeczeniem… Dlatego właśnie „kanon”, a nie „stereotyp” lepiej do oddania istoty rzeczy mi pasuje. A jaki związek ma „kanon” z rodzeniem się agresji? Wyobraźmy sobie, że ktoś znalazł sobie ciepłe, bezpieczne i wygodne miejsce. Takie, w którym wszystko jest proste, oczywiste, miłe i przyjemne. Takie w którym nic nie trzeba robić – nie trzeba się uczyć, szukać, myśleć i (co niebywale ważne!) wątpić. No i teraz pojawia się ktoś, wskutek czyich działań trzeba to miejsce opuścić – zacząć wątpić, szukać, myśleć. Wskutek działań tego kogoś oczywiste i proste zaczyna być niepewne i skomplikowane. I co wtedy? Trzeba się bronić! No, a wiadomo – najlepszą obroną…

Kiedyś, ale nie w odległej przeszłości, przyszło mi siedzieć przy jednym stole z odnoszącym sukcesy zawodowe biznesmenem. Rozmowa jak to rozmowa w takich sytuacjach – także o wspólnych znajomych. Nagle, w odpowiedzi na moją opinię o pewnym młodym człowieku, że ma on „dobre serce” usłyszałem pytanie „znaczy się naiwniak?”. Poprosiłem o wyjaśnienie – bo naprawdę nie zrozumiałem toku myśli mego rozmówcy – i takie wyjaśnienie otrzymałem. Miarą człowieka – według mego rozmówcy – jest sukces. Jest skuteczność. Reszta – to naiwność i przeszkoda. Właśnie – sukces. Zwycięstwo za wszelką cenę. Cel uświęca środki. Wszystkie! Znieważyć, okłamać, oszukać, zniszczyć – ale wygrać! Dobro, miłość, prawda, przyjaźń, kultura osobista, wierność, odpowiedzialność – wszystko to jest naiwnością, jeśli przeszkadza w osiągnięciu sukcesu. Z kolei przeciwieństwa wszystkiego powyższego uważane są za zalety – jeśli sukces osiągnąć umożliwią. Przy takim pojmowaniu świata znoszone są wszelkie granice, wszelkie bariery! Jeśli kłamstwo, chamstwo i agresja zapewnią zwycięstwo – trzeba napadać! Jak? A w każdy sposób, byle był skuteczny! Większość granic, które wyznaczają kulturę człowieka wyznacza ona sam, tak więc ich przełamanie, odrzucenie, dewaluacja zależy tylko od jego decyzji. No i cóż uczyni ten „człowiek”, jeśli świat oczekuje od niego sukcesu (także w sporze, także politycznym czy dyplomatycznym boju), a napaść, chamstwo, zastosowanie siły, odwołanie się do kompleksów, zwiększają prawdopodobieństwo osiągnięcia tegoż? Do tego, dla otoczenia nie osobista kultura, nie finezyjność wypowiedzi, nie logika argumentów, nie prawda, nie „dobre serce” są tegoż „człowieka” miarą, a to czy wygrał, czy przegrał! Tak więc, rzuca się by wyzywać, pluć, gryźć, kopać, pałować, rżnąć, strzelać… Uwaga dla „czytających inaczej” – ostatnie zdanie to przenośnia.

Paradoks – czyli efekt „politycznej poprawności”. O tym czym jest i jaką jest „polityczna poprawność” pisać chyba nie muszę. Jest wszechobecna, przynajmniej w tym „oficjalnym” życiu. Teoretycznie – nic zdrożnego. Jednak, poza doprowadzeniem jej do absurdu, niesie ona – moim zdaniem – jeszcze jeden efekt. To „efekt sprężyny” albo „kotła parowego bez zaworu bezpieczeństwa”. Otóż owa „poprawność polityczna” tak się wtrąca we wszystko i wszędzie, że niektórzy ludzie zaczynają żyć podwójnym życiem. Tym pierwszym, oficjalnym i poprawnym politycznie, i tym drugim, skrytym i prywatnym, niejako wstydliwym. Ukrywanie prawdziwych sądów, opinii, marzeń i „przykrywanie” ich politycznie poprawnym obrazem prowadzi do procesu podobnego do ściskania sprężyny albo wzrostu ciśnienia w kotle. Frustracja, kompleksy itd. Wreszcie – następuje moment krytyczny i to co nagromadzone wybucha – i to też jest agresja. Jest też inny wariant – powolne „spuszczanie pary” w alternatywnym, wirtualnym życiu. Zapewne wielu z Czytelników korzysta z sieci społecznościowych i spotyka anonimowe profile, bez zdjęć ich użytkowników, z dziwacznymi imionami. Zazwyczaj te profile grzeszą zarówno niebywałą agresją, jak i wykazują się brakiem wiedzy oraz wiernością „kanonom”. Internet stał się „zaworem bezpieczeństwa”, przez który z wyciem i świstem – niczym z pędzącej lokomotywy – uchodzi frustracja wszystkich tych, których więzi „polityczna poprawność”. Uchodzi żywiołowo i agresywnie.

Zasady. Przewijało się to już w całym tekście. Zasady, przynajmniej te moralne, są rezultatem konsensusu. Mam wrażenie, że istniejący konsensus został jakiś czas temu odrzucony. Tak, zawsze był naruszany, ale teraz odrzucono go całkowicie. Relatywizm dobra i zła, tego co jest, a co nie jest dopuszczalne zrujnował go całkowicie. Teraz dobre jest to, co my robimy i to samo jest złe, gdy nam to robią. My napadamy, kłamiemy, lżymy, poniżamy i niszczymy – ba! To przecież usprawiedliwione, bo w szczytnych czynimy to celach! Nasz przeciwnik tak czyni! To draństwo! Dlatego chamstwo i agresja zawsze znajdą usprawiedliwienie – a skoro tak, to dlaczego z nich nie korzystać? Są przecież skuteczne!

Jasne – tematu nie wyczerpuję. Jak zawsze – ograniczenia wynikające z wymogów redakcyjnych tekstu (i tak już jest zbyt długi). Agresja i to do tego brutalna, bezlitosna i bezczelna wypełnia nasz świat dzisiejszy i to sprawia, że jest on okrutny i cyniczny. To nie jest mój świat – chciałbym wierzyć, że nie tylko ja, stary i (zapewne) naiwny idealista, tak myślę i czuję. Wiem – sam jestem nikim i niczego nie zmienię. Jednak mimo tej świadomości „wołam na puszczy” i po raz kolejny, w wierze w dobrą wolę i chęć walki ze złem Czytelników Kuriera, „materiały do przemyśleń” udostępniam. Przepraszam wszystkich, że to „recepty”, ale o tym dlaczego tak, już pisałem.

Artur Deska
Tekst ukazał się w nr 14 (306) 31 lipca – 16 sierpnia 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.