"Dzisiaj to juz rozumiem". Wspomnienia Lwowianki

-a A+

Wywiad autorka dedykuje Rodzicom.

Kilka słów wstępu

Poniższy tekst to wybór fragmentów wywiadu rzeki, swoistych notacji historycznych, które postanowiłam sporządzić z prywatnych pobudek: chciałam zachować wspomnienia mojej Mamy, która urodziła się w l. 50. we Lwowie. Początkowo miały stać się częścią naszego domowego archiwum, jednak z czasem zrozumiałam, jaką mają wartość historyczną. Spisałam nagrania audio, a następnie odredagowałam i fragment postanowiłam opublikować, oczywiście za jej zgodą. Są w jakimś stopniu odpowiedzią na częste pytania o to, jak udało jej się zachować polskie korzenie i przekazać tę polską spuściznę dzieciom.

Są to wspomnienia z jej dzieciństwa i dorosłego życia, wspomnienia o moich rodzicach, dziadkach, pradziadkach. Wspomnienia przekazywane z ust do ust w mojej rodzinie, dotyczące jej członków, miasta Lwowa, Związku Radzieckiego, II RP, relacji polsko-ukraińskich i polsko-radzieckich. Opowieści zawierające wiele być może niewygodnych czy niemile obecnie widzianych z różnych powodów wątków i punktów widzenia. Myślę jednak, że tym bardziej stanowią cenne źródło wiedzy o tym, co się działo w ubiegłym wieku na Kresach.

Wywiad i publikację nazwałam, cytując wielokrotnie użyty przez Mamę zwrot: „Dzisiaj to już rozumiem”. Bo ja również dzisiaj już to rozumiem, również wartość tych historii, chociaż Mama opowiadała mi je wielokrotnie od dzieciństwa. Jednak, jak sama powiedziała, do młodzieży trzeba mówić wielokrotnie i się nie zniechęcać, bo w końcu to zaowocuje.

Wspomnienia te mają szczególną wartość w obecnych czasach i trudnych relacjach między państwami i narodami, o których w nich mowa. Pokazują moim zdaniem bardzo wyraźnie, jak bieda i reżim dotknęły wszystkich – niezależnie od narodowości – mieszkańców Lwowa, a na pewno elitę, której przedstawiciele mówili w różnych językach. Mam nadzieję, że wspomnienia te przyczynią się do szukania porozumienia i pogodzenia pomiędzy narodami.

Pracę nad tymi wspomnieniami i ich publikację dedykuję Rodzicom. Moim, rodzicom moich rodziców i ich rodzicom, ale też wszystkim Rodzicom jako takim – bo to oni, co potwierdzają zebrane materiały, stanowią podstawowe źródło wiedzy, kultury, wartości. I choć rodzice są różni i mogą mieć różne sposoby przekazywania swojego doświadczenia, to zawsze są naturalnym skarbcem i wzorem dla kolejnych pokoleń. Zatem – Rodzicom, w podziękowaniu za ich poświęcenie, odwagę i często cichy trud dla kolejnych pokoleń.

Część podawanych imion i nazwisk została wykasowana bądź skrócona do inicjałów, aby nie naruszyć dobra osób trzecich.

Marcelina Górska


MG: Byłaś buntowniczką! Wkradłaś się na Cmentarz Orląt Lwowskich!
To był rok 1968, klasa maturalna. Postanowiliśmy pójść i chociażby coś zrobić na Cmentarzu Obrońców Lwowa w przededniu 1 listopada. Chcieliśmy poprawić napisy na krzyżach. Zmierzch zapadał wcześnie, bo to jednak był już koniec października, więc było ciemno. A my, jak każdy młody, byliśmy – ho, ho! – jacy bohaterzy: „Co nam zrobią!”. A przecież to już był czas, kiedy były łapanki na cmentarzach. Jedną z osób, które straciły pracę, bo zostały przyłapane na pracach porządkowych, była pani A., znajoma rodziców, która pracowała w kwiaciarni przy ul. Akademickiej. Rodzice byli bardziej świadomi niż my skutków tego, co chcemy zrobić. A jednak nas puścili. Gdy wychodziłam z domu, mama mi zrobiła znak krzyża na czole i prosiła: „Tylko proszę was, cichutko i od razu do domu”.

Przygotowywaliśmy się do tego wyjścia. Rodzice jednego z kolegów, A. K., pracowali w lwowskich zakładach autobusowych, a wiadomo, że za czasów komuny, zresztą tak jak i w PRL, człowiek miał „dodatkowy zarobek”, czyli wynosił z pracy, co się udawało.  Bo dobra praca to była ta, z której można było coś uszczknąć do domowego budżetu. A oni „wynosili” wspaniały lakier autobusowy – czarny. Wynosili w takich małych buteleczkach po wódce, za komuny to się nazywało „ciekuszki” – 25 ml, czyli 250 gram. Więc mieliśmy lakier autobusowy, a sam każdy sobie przygotowywał pędzelki.

Na Cmentarz przyszliśmy niedużą grupą najbardziej zaufanych kolegów. Gdy przyszliśmy, było jeszcze szaro, stanęliśmy przy różnych grobach. Mogiły były bardzo zarośnięte: wysokie samosiejki, trawy, pochylone krzyże. Z dziewczynami stanęłyśmy przy kolejnym krzyżu. Któraś już włączyła latarkę, inna przytrzymywała zwisającą tabliczkę, trzecia poprawiała napis. I nagle, w tej cmentarnej ciszy, rozsuwają się przed nami krzaki i nasi dowcipni koledzy krzyczą do nas „Uuuuuuu!!!”. Naturalnie myśmy były w tym momencie bardzo cicho. Tak cicho, że nas chyba było słychać przy głównej bramie. Jak nas nie złapali – nie wiem. Może nie dyżurowali w tym czasie.

Stawialiście znicze?
Wtedy nie było jeszcze zniczy! Jeśli ktoś chciał oświetlić grób, czy na Wszystkich Świętych, czy tak po prostu, to przygotowywało się wcześniej świeczkę i robiło specjalny „lampion”, który miał chronić płomień przed wiatrem. Brało się grubszy papier, taką taśmę, wycinało się w nim krzyże czy serduszka, a od środka podklejało się te wycięte wzory bibułą. Osobno się miało cztery patyczki i na grobie wstawiało się je w ziemię, by na nie zaczepić ten papierowy lampion.

Ale kiedy poszliśmy poprawiać napisy, nie ustawialiśmy niczego.

Można było odwiedzać Cmentarz?
Tak, na Łyczakowski się chodziło. Dopiero później zrozumiałam, jak ważne jest to miejsce dla Lwowa, dla Kresów. Ojciec zawsze dbał o to, żeby raz na miesiąc, po niedzielnej mszy, odwiedzić Cmentarz Łyczakowski. Nie pamiętam, do jakich grobów mnie prowadził, byłam w młodszych klasach. Ale odwiedzaliśmy na pewno Obrońców Lwowa, bo w oczach mam pomnik ku czci lotników. I katakumby. Czy pamiętam kolumny? Nie, pewnie nie zrobiły na mnie takiego wrażenia w dzieciństwie. Ale chodziło się, bo to była jedna z rodzinnych tradycji, tak trzeba było, to było oczywiste. Tak jak się chodziło na Wzgórza Wuleckie.

Tak naprawdę nie wiedziałam, dlaczego ojciec tak często chodził na Wulkę. I nigdy nie chodził na samą górę. Zabierał mnie, zabierało się psa i szło się na taki długi spacer. Po latach dopiero zrozumiałam, dlaczego właśnie tam chodziliśmy, niby pod pretekstem wyprowadzenia psa. Przecież można było go wyprowadzać gdziekolwiek, o wiele bliżej, a już na pewno było piękniej na Franza, przy jeziorku.

Ale ojciec w ogóle dbał o to, żebyśmy odwiedzali cmentarze i opuszczone groby. Pamiętam z dzieciństwa, że jeździliśmy motocyklem z przyczepą po różnych miejscowościach – ja, tato i mama. Nie pamiętam ich nazw. Ale może dlatego tak przemawiają do mnie stare cmentarze.

Ale dziadek nie był przecież Polakiem.
Nie, był Ukraińcem. Pochodził z ukraińskiej inteligenckiej rodziny. Rodziny, która kształciła swoje dzieci, zwłaszcza synów. Ojciec mego ojca, mój dziadek, był inżynierem kanalizacji lwowskiej. Za czasów austro-węgierskich, austriackich, być inżynierem kanalizacji w mieście Lwowie znaczyło być częścią elity. A w ogóle to mój dziadek miał korzenie węgierskie: węgierskie nazwisko w którymś momencie zostało „zaadaptowane” na słowiański język i straciło charakterystyczną dla siebie wymowę. A moja babcia była Rusinką, córką prawosławnego księdza.

Nigdy nie czułam w rodzinie takiego antagonizmu między Polakami i Ukraińcami, który dziś jest tak wyciągany i wręcz przez niektórych „promowany”.

Myślisz, że to wynikało z tego, że Polacy i Ukraińcy mieli jednego wroga?
Być może – system radziecki.

Dzisiaj taka „współpraca” Polki i Ukraińca brzmi... niewiarygodnie, zwłaszcza że oboje dbali o miejsca ważne dla II RP.
Mój ojciec urodził się w 1911 roku. Była pierwsza wojna światowa, potem mieszkał w Polsce, a potem zaczęła się druga wojna. I on, jako Ukrainiec, też doświadczył jej skutków. I cała jego rodzina też, oczywiście. Miał wykształcenie, a nie zostało mu za czasów radzieckich uznane. I to nieprawda, że nie można było mieć ukraińskich dokumentów czy dokumentów w języku rusińskim. Pamiętam, że w domu gdzieś jest dyplom mego ojca po szkole handlowo-ekonomicznej. I był on wydany w dwóch językach: po polsku i po ukraińsku. Tak samo nigdy nie słyszałam od ojca, że Ukraińcy nie mogli się uczyć na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie nie w języku ukraińskim. Ale musiała być pewna ilość chętnych, chociażby trójka czy piątka. Mieli zgłosić się do rektora, że chcieliby się uczyć po ukraińsku. I rektor był zobowiązany im to umożliwić. Inna sprawa, czy młodzież korzystała z tego prawa. Ale to już zamierzchłe czasy i teraz każdy, jak chce, będzie o tym mówił. Ale ja mam świadomość tego, że dorastałam jak gdyby w buncie w rodzinie mieszanej – ale jednak pamiętającej, że nie tak źle było za czasów polskich.

Przykładem też może być mój stryjek R., młodszy brat ojca. Miał skończone prawo na Uniwersytecie Lwowskim. Władze po 1945 roku nie uznały ani memu ojcu tej szkoły handlowo-ekonomicznej, ani memu stryjowi Wydziału Prawnego Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Nie uznały. Ani ojciec, ani stryjek potem nigdy nie pracowali jako ludzie z dyplomami. Myślę, że to był swego rodzaju bunt. Ojciec pracował jako pracownik fizyczny w zakładach pracowniczych „Switocz” – one chyba od razu się tak nazywały. Jako pracownik fizyczny – mając skończoną przedwojenną szkołę! Wujek najpierw był odźwiernym w studium telewizji lwowskiej, a potem, jak zaczęły się totolotki rosyjskie, to tam pracował. Dorabiali. Tak... to był bunt przeciwko tej władzy, która przyszła, która zniszczyła ten cały piękny świat, w którym dorastali. Bo mój dziadek, W. – ten inżynier kanalizacji, miał przepiękne mieszkanie – wiem to z opowiadań – to było całe piętro w kamienicy przy placu Bilczewskiego, od strony ulicy Gródeckiej, czyli przy św. Elżbiecie. Ale miał też pod miastem willę, stać go było. Ta piętrowa willa w miejscowości pod Lwowem zachowała się do dzisiaj, a la dworek szlachecki, z gankiem, kolumienkami. Piękny, ogromny ogród, sad, obowiązkowo figura Matki Boskiej otoczona różnokolorowymi krzakami bzu. Normalna willa pana inżyniera. I tak o dziadku tam mówili: Pan Inżynier. Ale po 1945 roku wiadomo było, że: albo, albo. Albo się przyznajesz, kim byłeś, i ściągasz kłopoty, albo milczysz. I dziadek, chcąc ratować całą rodzinę, wyjechał na wieś, dzisiaj to jest przedmieście Lwowa. I tam cichutko osiadł. Nie przyznał się w ogóle do tego mieszkania.

A jak babcię zastała wojna?
Dziadek Andrzej, tato mamy, pracował w Brygidkach jako ochrona, policja. A za czasów „pierwszych sowietów” pierwsi, kogo zabierali, to byli mundurowi. Oni uważali... oni wiedzieli, że kto nosi mundur, ten jest człowiekiem honoru, patriotą, przedstawicielem elity. Nie ważne, czy to wojsko, czy to policja. I może dziadek by do nich nie trafił, gdyby – jak się potem okazało – nie donos jednej z rodzin ukraińskich.

Więźniów?
Nie, sąsiadów. Nie wiem, kiedy to się zdarzyło dokładnie, bo mama nie chciała nigdy o tym rozmawiać. Wiem tylko, że jak sowieci przejęli władzę w mieście, to zajęli też więzienie. Dziadek poszedł jak zwykle do pracy i bardzo szybko wrócił. Momentalnie osiwiał, bo zobaczył, jak rozstrzeliwali więźniów. Rosjanie, „pierwsi sowieci”. Bo jak by nie było, ale był szacunek do ludzi. A tu przyszło wojsko i wszystkich... pod ścianę.

A pewnego dnia dziadka zabrali i mama nigdy go już nie widziała.

Dziadkowie mieszkali przy ulicy królowej Jadwigi, chodziłam tam potem z mamą. Mama mi pokazywała, które mieszkanie należało do nich i pokazywała zejście do piwnicy: jak dziadka zabrali, to mama i jej siostra wszystkie swoje odznaki harcerskie zakopały pod schodami. Nigdy tego stamtąd nie zabrały.

A potem przyszli po resztę rodziny?
Tak. Ale moja mama pracowała wtedy poza Lwowem. I widzisz, jak to bywa: w każdym narodzie są różni są ludzie, nie można generalizować. Bo jedna rodzina doniosła, że jeszcze są dzieci i żona tego policjanta, granatowego, a druga wysłała syna: idź i uprzedź Ziuńkę, że u nich w mieszkaniu już jest wojsko rosyjskie.

I mamę zatrzymał ten syn sąsiadki Ukrainki, żeby nie szła. Mama nie wróciła do domu. A kiedy zabierali macochę z siostrą mamy – to mi potem ciocia opowiadała – to trafił się w sumie dobry rosyjski żołnierz. On zobaczył, że jest maszyna do szycia, taka na stół, nie nożna. Zgodnie z tamtym wychowaniem dziewczyna powinna była umieć szyć. I on przyniósł tę maszynę i wstawił na ciężarówkę. A ciocia była honorowa, wskoczyła na ciężarówkę, „tak jak stoję – wieźcie mnie”. I nogą strąciła maszynę. On podniósł i powiedział do niej po rosyjsku: „Bierz, ty z tego żyć będziesz”. Później, jak powstawało wojsko Andersa, to ciocia chciała się zaciągnąć, ale jej nie wzięli, bo była niepełnoletnia. Wróciła jednak do Lwowa.

A mama, gdy zabrali jej siostrę, sama się zgłosiła do Rosjan, że chce jechać za siostrą, ale też trafiła na Rosjanina, który powiedział: „idź stąd, nie widziałem cię, oni już wyjechali, siostra twoja wróci”. No i mama została. A właściwie ukrywała się w leśniczówce, bo bała się wrócić do domu we Lwowie. Mieszkanie stało puste. Mama mówiła, że po wojnie widziała w kredensie u sąsiadów, ukraińskiej rodziny, część swojego naczynia, serwisu. Poznawała te rzeczy. I przecież ta gospodyni, która ją gościła, musiała wiedzieć, że to z domu mojej mamy. Ale nigdy nie powiedziała: to twoje, weź z powrotem.

Ale to nie była ta kamienica, w której myśmy mieszkali?
Nie. A, właśnie! Początkowo, po wojnie rodzice mieszkali w pięknym dwupokojowym mieszkaniu z łazienką na drugim piętrze. Aż przyszedł taki, co to szukał mieszkania dla pana majora, i powiedział, że to to mieszkanie będzie dla pana majora. A „dla was będzie tam, na parterze”. I tak się też stało. W sumie potem się okazało, że i on, ten major, i jego żona to bardzo porządni Rosjanie byli. Zresztą, potem o niej mówiłam „tiotia Szura”. Aleksandra miała na imię. A pech chciał, że ojciec naszego psa wcześniej nazwał właśnie tak: Szurka. I mama wybłagała, by to imię psa zmienił. Szurka mnie wykołysała, ale zapowiedziano mi, że mam ją wołać... Burka. śmieje się
Ci państwo majorowie nam czasem pomagali w różnych sytuacjach. A na pewno wiedzieli, że nasze mieszkanie na parterze stało się miejscem różnego rodzaju „spotkań”.

Spotkań?
Rodzinnych i w zaufanym gronie znajomych. W naszym domu odbywały się też lekcje religii. W tamtych czasach – lekcje religii! Wiesz, to dzisiaj są katechezy. Ksiądz prosi, rodzice nie mają czasu, może dziadkowie zadbają. Są lekcje religii po szkołach, rodzice się buntują: „niech to będzie ostatnia lekcja, bo moje dziecko nie będzie chodzić”. A wtenczas ludzie cuda niewidy robili, żeby utrzymać wiarę i przynależność do Kościoła jako elementu kultury polskiej. Bo tak się utrzymał ten naród, mając jeden Kościół, jeden język po tych 123 latach rozbiorów, niewoli. Pięć pokoleń potrafiło przetrwać dzięki temu, że dbano o język i wiarę.

I ja miałam lekcje religii dzięki mojej mamie, ale nie byłam świadoma, że to były lekcje religii. Byłam szczęśliwa, bo w tym dniu mieli przyjść do mnie koledzy. Tylko kilka konkretnych osób, ale nie przeszkadzało mi to, że tylko tyle. To byli koledzy z klasy. Myśmy hasali na podwórku, biegali, dopóki na ganku nie zjawiała się starsza pani w długiej spódnicy, w spokojnych, takich brązowych odcieniach, beżowych czasami, i: „Bawcie się, bawcie się, ale już zapraszam”. I myśmy siadali w pokoju, mama zamykała drzwi do kuchni, bo przeważnie drzwi do kuchni były otwarte między pokojem a kuchnią, z której już od razu wychodziło się na ganek. I ta pani nam ciekawe rzeczy opowiadała. Pamiętam o zwierzętach, więc musiało być o Arce Noego. I to później się okazało, że to były lekcje religii.

To była kamienica w stylu włoskim, czyli wszystkie ganki wewnętrzne wychodziły na podwórko. Było niedużo mieszkań, chyba dwanaście w sumie, może dziesięć. Jasne, że wszyscy o wszystkich wszystko wiedzieli. A myśmy byli jedyną rodziną rozmawiającą po polsku. Nie było tak, że mama wychodziła na ganek i zwracała się do mnie w innym języku niż po polsku. To było nie do pomyślenia! Moja mama się w ogóle rosyjskiego nie nauczyła. Mama do końca życia mówiła „gieńgi”, nie „dieńgi” [z ros. – pieniądze]. Bo cyrylicą dźwięk [d] zapisuje się jak polskie „g”. Mama wizualnie czytała jako [g] pierwszą literę i dlatego do końca życia mówiła „gieńgi”.

Obok nas, drzwi w drzwi, na naszym ganku, mieszkała matka z córką. Obie były „sołdatkami” – czyli szły z wojskiem do Niemiec, a po wojnie wracały i nie poszły do swojej ojczyzny, ale zostały we Lwowie. Dostały jednopokojowe mieszkanie, kuchnia i pokój z alkową, tuż obok naszego mieszkania. Teraz tam jest sklep zoologiczny. To były Rosjanki z krwi i kości, przy czym córka była wojskową! Wystarczyłby jeden ich telefon i już – do widzenia. Nigdy się to jednak nie zdarzyło. Stały finansowo o wiele lepiej od nas, bo pamiętam, że mojej mamie do wypłaty ojca brakowało pieniędzy, to mama potrafiła pożyczyć 50 kopiejek, jeszcze raz 50, rubl, bo to tak kosztowało, aby zieleninę kupić, włoszczyznę, to zaraz jakiejś zupy się ugotowało. Pamiętam też mleko. Ciągle, pamiętam, stały musztardówki – mleko na kwaśne nastawiane. Z ziemniakami. To było takie podstawowe jedzenie. Albo grysik. Co moja mama z manki robiła... no cuda niewidy!

No ale te lekcje religii. W taki sposób nas przygotowano do Pierwszej Komunii.Wtedy mój ojciec zaczął bardzo aktywnie działać, on też robił dla nas obrazki, zdjęcia i pamiątki z przyjęcia tego sakramentu. U nas w domu je robił. Potem się dopiero dowiedziałam, że moi rodzice byli bardzo aktywni w komitecie kościelnym kościoła Marii Magdaleny, bo, to wiesz, ten kościół był zamknięty jak większość kościołów, potem jednak otworzony i ostatecznie w 1962 roku został zamknięty już definitywnie. Myśmy byli ostatnim rocznikiem, który już przy zamkniętych drzwiach przystąpił do sakramentu Pierwszej Komunii. Było nas pięć osób. Mało tego, że przy zamkniętych drzwiach, to jeszcze rodzice przebierali nas już w zakrystii.

Tylko że trzeba było mieć tę sukienkę do sakramentu. Moja mama – wychowanie międzywojenne –umiała i szyć, i robótki ręczne robić. Więc moja mama wyciągnęła taki bardzo ładny, biały obrus, który był wykorzystywany tylko na święta. Z niego uszyła mi sukienkę. I torebeczka musiała być: taki woreczek ściągany na sznurki. I pamiętam, że ciągle mama czekała na listonosza. Nie wiedziałam, o co chodzi. A miał nadejść z Polski kolejny list od cioci K., mamy siostry rodzonej, tej, co była wywieziona i przeżyła Semipałatyńsk i Kazachstan. I w tym liście miała przybyć ta okrągła aplikacja „IHS”. I na to się czekało, bo sukienka już była gotowa. I przyczepiło się. I ta sukienka jest na zdjęciach. I pamiętam, że mirt miał być. Tradycja kazała, że w domu, w którym rosła panienka, do Pierwszej Komunii powinna była być hodowana doniczka z mirtem. Do ślubu też, zresztą. Mama znalazła mirt piętro wyżej u sąsiadki Ukrainki. I pamiętam, że przyniosła kilka gałązek i zaczęła nim upiększać sukienkę.

Do kościoła wystrój poszedł w torbie. A po uroczystości babcia N., mama I. i moja mama, zadecydowały, że dziewczynki wracają w sukienkach. Bo z chłopakami to, wiesz, po prostu mieli białe ubranka.

A my trzy miałyśmy wracać ubrane komunijnie. Szłyśmy w jednym kierunku. I to była furora. To był 1962 rok. Pamiętam, że na nas wszyscy się patrzyli. Część mijanych osób wołało na nas „Niewiesty!”, czyli „Panny młode!” – i to na pewno byli Rosjanie. A niektóre starsze panie zaczynały płakać... Teraz rozumiem, że ze wzruszenia. Widocznie wiedziały, o co chodzi.
Te starsze panie – to przedwojenne pokolenie. Od razu można było je poznać nawet po ubiorze: torebeczka, rękawiczki, kapelusik. I one się nigdy nie spieszyły. Jak one to robiły – nie wiadomo.

My młode, dzieci, to my ganiałyśmy z tymi plecakami, tak normalnie. Jak patrzę na młodzież, to myśmy były podobne. Ale byłyśmy tak wychowywane, że jak starsza osoba się zjawiała, to człowiek prawie na baczność stawał. Wyhamowywał. Ukłonił się, puścił przodem, a potem dalej szalał! Ale był ten moment takiego stopu przy osobie starszej.

Ale wtedy to naprawdę zaryzykowały, decydując się na wasz powrót w sukienkach komunijnych.

Tak. Ale nawet później nigdy nie słyszałam od rodziców, że mam się nie angażować czy ukrywać swoje pochodzenie. Teraz rozumiem, ile moi rodzice ryzykowali. A byli bardzo zaufani, jak sobie teraz myślę, w środowisku polskim.

Mnie dali do pierwszej klasy o rok wcześniej, żeby uratować szkołę przed zamknięciem. Miałam pochodzić miesiąc, potem rodzice mieli powiedzieć, że zachorowałam i miałam przestać chodzić. I za rok poszłabym już normalnie, ze swoim rocznikiem. Uratowało to szkołę, bo była odpowiednia ilość dzieci do pierwszej klasy. A ja szłam przygotowana: mama była w domu, więc mnie wszystkiego nauczyła. Umiałam czytać, pisać... więc czemu mieli mnie stamtąd zabierać? Zostałam.

Potem mama pracowała w szkole, bo trzeba było kogoś zaufanego do komitetu rodzicielskiego – to była społeczna praca. Potem postanowiono robić obiady dla dzieci z uboższych rodzin. Mama się zgodziła gotować. I pamiętam, że siedziałam obok mamy, odrabiałam lekcje, gdy mama obierała ziemniaki... Tam, gdzie jest stołówka w szkole nr 10. Ale nie pamiętam, żeby mama mi kiedykolwiek dawała jeść z tego, co miała dla tych dzieci. Takie było wychowanie.

A propos lekcji. Pamiętam pewną sytuację. Duży kwadratowy kuchenny stół, wisząca nad nim lampa, mama coś robiła przy kuchence, ja czytałam z podręczników materiał, a ojciec – jakąś gazetę, ale słuchał, co ja czytam... I w pewnym momencie, pamiętam, zdenerwował się. A ojciec mój był bardzo porywczy, nie był człowiekiem opanowanym. I tak ostro tę gazetę złożył i mówi: „To nieprawda, ja ci zaraz opowiem”. I zaczyna opowiadać. Ja przestraszona, że jak to: nieprawda?, skoro mam podręcznik. To było jeszcze przed 8 klasą, może 6, może 7. Ale na pewno był to podręcznik do historii. A wiadomo, jakie były podręczniki i jakiej historii nas uczono. I coś tam było, co ojca tak strasznie zdenerwowało. I zaczyna mi coś opowiadać. I w pewnym momencie mama się do nas odwraca – kuchenka i mama były za moimi plecyma, a ojciec siedział po lewej stronie – i nagle słyszę, jak mama mówi: „Gienek, przestań, ona jutro idzie do szkoły, ona nie może tego opowiedzieć, ona musi opowiadać to, co ma w podręczniku”. I ojciec, pamiętam, był strasznie zdenerwowany. Między rodzicami głośna rozmowa nade mną, a ja nie mogłam zrozumieć, o co chodzi. Przecież ja mam podręcznik. I tato mówi prawdę, i podręcznik mówi prawdę. Dzisiaj to już rozumiem, że to były dwie całkiem różne prawdy.

A jak ojciec słuchał radia, to ja nie miałam prawa być w pokoju, musiałam być z mamą w kuchni... Tam skrzeczało to radio, piszczało... Dzisiaj rozumiem, że ojciec słuchał takich audycji, których nie można było łapać, więc tym bardziej ja nie powinnam była tego słyszeć.

Niby nic wam nie mówili, niby niczego nie słyszeliście, a jednak wiedzieliście, co było grane.
W starszych klasach to myśmy już byli mądrzejsi, o, zwłaszcza jeżeli chodziło o kościół. O, jacy myśmy byli buntownicy. To już było całkiem inne podejście. Bo okazywało się patriotyzm jeszcze przez to, że się chodziło do kościoła. To było takie demonstrowanie swojego patriotyzmu.

Nauczyciele mieli zadbać o nasz sposób myślenia, o nasze morale, czy jak to powiedzieć... No to musieli chodzić i spisywać, kto chodzi do kościoła. Nauczyciele starali się nas „nie widzieć”, a my, bohaterzy, jeszcze specjalnie podchodziliśmy do nich się witać. Bo myśmy powinni byli być pokoleniem nowym, pokoleniem komunistycznym... Wy tego teraz nie macie, nie wiecie... Oktiabriata, potem pionierzy, potem komsomolce... To były młodzieżowe komunistyczne organizacje.

A po mszy chodziło się często na spotkania do zaufanych domów polskich. Byłam częstym gościem w jednym z takich domów, jako dorastająca panienka. śmieje się Tam się dowiedziałam, co to są kotyliony. I karnety – takie specjalne notesiki, w których się wpisywało, z kim który taniec będzie się tańczyło. Tam uczyliśmy się nazw tańców: chodzony, polka, walc, odbijany. No i wodzirej – bez niego nie mogło być zabawy! Ja miałam lżej na takich potańcówkach, bo u nas w szkole rodzice zadbali o to, by był zespół taneczny, więc myśmy były szkolone. Dla mnie układ taneczny był rzeczą normalną. Dla tych, którzy nie brali udziału w takich ćwiczeniach, jak się zjawiał wodzirej i kierował korowodem par, to było jeszcze większe przeżycie. Umiałam się podporządkować, ale samo pojęcie „wodzirej” było dla mnie nowe, poznałam je właśnie tam.

A bale karnawałowe?
Balu karnawałowego w prywatnym domu nie pamiętam, ale odbywały się w szkołach – organizowali je dla absolwentów i dorosłych. Jako uczennica podglądałam zza drzwi, jak na sali pojawiał się latarnik (mój ojciec), zapalał „latarnie” (a tak naprawdę zapalały się reflektory), wjeżdzał lodziarz, można było kupić lody, pojawiała się kwiaciarka, od której można było nabyć kwiaty dla partnerki (a pieniądze z tego były przeznaczane np. na obiady dla dzieci). Takie bale były organizowane po to, by nie „zgubić się” po ukończeniu szkoły i się jednak spotykać.

Organizowane też były dla nas, młodzieży, spotkania niedzielne. Do Brzuchowic się jechało, pod Lwów żeby młodzież się poznała, zintegrowała. Nikt nie mówił, kto to organizuje. Podejrzewam, że parafia, siostry bezhabitowe.

A potem nagle dowiedziałam się, że jest szansa pojechać na wycieczkę śladami Mickiewicza. Starsi przygotowywali wykłady, które wygłaszali w czasie jazdy – pluję sobie w gębę nie wiem jak, dlatego że ja się tłumiłam na bambetlu z tyłu i nie bardzo słuchałam, co starsi opowiadali, a na pewno porządne rzeczy. Dlatego mówię: do młodzieży trzeba mówić po dziesięć razy, po dwadzieścia razy, bo się nie słucha, jaka by grzeczna młodzież nie była, dopiero za którymś razem zacznie załapywać. I nie trzeba się gniewać, nie trzeba się denerwować. Trzeba mieć świadomość tego, że się samemu było młodym i nie zawsze się słuchało. I ja wtedy nie słuchałam. A ja za zadanie na tę wycieczkę miałam przygotować wiersz o Świteziu: „...i dwa obaczysz księżyce”. Nie wiedziałam, o co im chodzi z tym Świteziem, ale zawsze deklamować lubiłam. I myśmy pojechali. Chciałabym kiedyś w życiu tą samą trasą pojechać. Na pewno było Zaosie, potem był Nowogródek, potem było Kowno, było Wilno. To był Związek Radziecki, ani Unii, ani nic. Ale na pewno wzięto nas pod lupę. Teraz rozumiem, jakie to było towarzystwo. O tak całym autobusem nas na Syberię można było normalnie i zawieźć. I nikt by się nie pomylił ani o jedną osobę. śmieje się Czy ktoś był z opiekunów z ramienia państwa? Nie wiem, bo mnie to w ogóle nie interesowało. Ale że każdy, kto był na tym pokładzie, był sprawdzony, to ja sobie teraz zdaję z tego sprawę.

No i przyjechaliśmy nad to jezioro. Świteź. Noc ciemna. Świeci Księżyc jak latarnia. I ja mam czytać wiersz. „Deklamuj” – pan Janusz mówi. Ja mówię: „Ja nie umiem na pamięć, ja miałam czytać”. Byłam tak leniwa, że się nawet nie nauczyłam na pamięć! Bo mnie nikt nie powiedział, że ja się mam nauczyć na pamięć! Owszem, ładnie przeczytać, to wiesz, umiałam. Całe towarzystwo nastrojowo stoi i czeka... Ja takiego pietra dostałam, takiej tremy, ja nie wiedziałam, gdzie ja mam się schować. I uratował sytuację pan Janusz, który miał przedwojenną latarkę pompowaną. Nie było wyjścia, ona jest głośna, że tak powiem, ale Pan Bóg siłę głosu mi dał. On pompował, a ja czytałam. Boże... od tego czasu tak mi wstyd było, strasznie. Ale piękne to było.

Teraz sobie zdaję sprawę z tego, jaka ja byłam zaufana, a właściwie jacy moi rodzice byli zaufani, jak bardzo zasłużyli na to, żebym ja mogła tam być. Myślę, że też częściowo to mogła być „nagroda” za czynny udział w życiu parafii.

Byłaś chorążanką, prawda?
Moim obowiązkiem było od 1 maja do końca czerwca codziennie stawać do chorągwi na msze. I nas było tyle, że nam brakowało chorągwi. To w tych czasach, kiedy chodzenie do kościoła było pod lupą i było karalne. I jak ja dzisiaj widzę dwie–trzy pary chorągwi, to nie rozumiem: gdzie wy jesteście, młodzieży kochana?

My? Myśmy się „biły”. Nie ważne, czy lekcje były odrobione. Chociaż u mnie akurat w domu to było jasne: pójdziesz, ale lekcje mają być odrobione. Rodzice wiedzieli, że ja muszę się dobrze uczyć, bo przyszłość ma być taka a nie inna. Warto sie było uczyć. Więc się uczyło gdziekolwiek: w tramwaju, na kolanie.

Chorągwie to był dla nas zaszczyt. Długi rękaw, biała bluzka, ciemna spódnica, bo innego nic nie miałyśmy, ale to było szkolne ubranie, więc to miała każda. A cisza była w kaplicy, jak rozstawiali parami...! My tylko jak te myszki: na kościół, przed głównym ołtarzem i szybko, szybko, szybko na swoje miejsca, bo już zaraz będzie dzwonek, a my już mamy stać.

Nikt nie liczył na żadne wynagrodzenie, broń Boże. Człowiek nie wiedział, że będzie jakaś wycieczka czy coś. Pamiętam, kończyły się majowe nabożeństwa i te nasze dwie–trzy starsze koleżanki, które nami się opiekowały i prały, prasowały chorągwie, powiedziały do nas: „Zostańcie chwilę, nie rozchodźcie się do domów”. Dobrze. I stała taka duża, dotychczas chyba ta sama, duża gdańska szafa. I ojciec Rafał Kiernicki, jedyny kapłan, jak ten święty Piotr z pękiem kluczy chodził, bo on miał klucze do wszystkiego. No i jak tam swoje sprawy załatwił po mszy, to szybko szur-szur-szur tymi nóżkami, przychodził, otwierał tę szafę gdańską i mówił: „Nastawiajcie ręce”. I ojciec Rafał wkładał każdej do rąk cukierki. Jaki to był zaszczyt – dostać cukierki od ojca Rafała!

A był jakiś kontakt Polski z wami, we Lwowie?
Rodzinny kontakt – tak. Co dwa lata jeździłam do Polski, na zaproszenie, które przysyłała siostra mamy. Składając dokumenty, mama podawała, że jej rodzice, a moi dziadkowie, oboje są pochowani na Cmentarzu Janowskim. Oboje – czyli i babcia, i ten dziadek Andrzej, co go zabrali sowieci. Rozumiesz? Nie można było powiedzieć, że zginął z rąk „radzieckich wyzwolicieli”.

Szkołę skończyłam w 69, a już w 71 nie było Cmentarza Obrońców. Więc to były lata nagonki. Nie było ani konsulatu polskiego we Lwowie, ani nic. W ogóle Lwów w okresie PRL-u to był taki temat tabu. To dzisiaj: Kresy, Lwów, Stanisławów... ile stowarzyszeń, ile się mówi... O nas nikt nic nie mówił wtedy. Niewygodnie było mówić. Chociaż w Polsce, to prawda, wiele osób dbało o to, żeby nie zatarł się ten ślad kresowego pochodzenia. I wiele osób upierało się, że chce mieć wpisane „miasto Lwów”, a nie „Związek Radziecki”. Dla ludzi to było ważne, że byli urodzeni we Lwowie, a nie w Związku Radzieckim. Nie chcieli być z nim kojarzeni, chociaż i tak byli. W każdym razie ja byłam – jako ta, która przyjechała z ZSRR. Dzisiaj nas się już traktuje w Polsce jako Polaków, choć obywateli innego kraju. Już się o nas wie. Ale za czasów PRL-u mówiono o nas „rusek”, „o, ruska przyjechała”. Kiedyś tak dzieci o mnie mówiły, gdy przyjechałam do cioci do Polski. A sąsiadka cioci, gdy przyszła i dowiedziała się, że przyjechała siostrzenica ze Lwowa, to zapytała, czy mówię po polsku. A ja myślałam, że wybuchnę wtedy. I odpowiedziałam hardo: „I modlę się też po polsku”. Dzisiaj jest już lepiej w tej kwestii, mówi się o nas – Polakach za granicą. I dba się o to, że nie jesteśmy „Polonią”. Nie chodzi mi o to, by komuś wytykać, że ktoś wyjechał, a my „trwamy”. Nie. Po prostu nazywajmy rzeczy swoimi imionami: my jesteśmy z Polaków, którzy okazali się za granicą, gdy ta się przesunęła. A Polonia to Polonia – cześć i chwała jej za szerzenie polskości na całym świecie. Bo oni też nie mają lekko.

Mama została, bo czekała na siostrę. Potem na kuzynkę, która kopała węgiel na Donbasie. Wierzyła, że ojciec jednak wróci – z obozu czy łagru. A potem spotkała mojego ojca i już została.

A w pewnym momencie pracowała też w Ossolineum, tak?
Wtedy, kiedy tato zachorował. Miał wylew i mama musiała iść do pracy, która pozwoliłaby jej opiekować się sparaliżowanym ojcem. Pan J.R., który pracował w Ossolineum, zaproponował mamie pracę po godzinach. No i mama chodziła na 4 godziny pracować, układała katalog książek, które leżały na strychu w Ossolineum. A ja przychodziłam do mamy po pracy, kiedy już po studiach pracowałam w Akademii Nauk, w Instytucie Matematyki Stosowanej. Byłam zachwycona, przeglądałam roczniki „Gazety Lwowskiej”. Ogromne, ciężkie to było... To się czytało jak najlepszą bajkę: gdzie, u jakiego Żyda najlepiej kupować guziki, jakie wydarzenia towarzyskie były wczoraj wieczorem, gdzieś tam pod Georgem... Dla mnie to była bajka.

Bardzo lubili mamę w pracy. Z wielkim szacunkiem się do niej odnosili. Pracowali tam też Rosjanie. Inteligencja rosyjska. I wyłapali, że mama zna dużo języków. Mama znała gotykę – potrafiła czytać, łacinę, niemiecki, polski i najtrudniej naturalnie miała z tym rosyjskim. I mamie za każdą znajomość języka dopłacali 5 rubli na miesiąc. Więc jeżeli mama zarabiała 30–35 rubli, to mogła jeszcze plus 15 zarobić.

A jak Ty miałaś w pracy?
W aktach osobowych był tzw. punkt 5: narodowość. Miałam tam zawsze napisane: Polka. Ale to już owocowało. Byłam referentem sekretarza naukowego w Akademii Nauk. Raz w miesiącu odbywały się narady naukowe, spotkania dyrektora, akademika, kierowników, profesorów. I jeżeli temat był ważny, powiedzmy, ekonomicznie – a myśmy współpracowali z Moskiewskim Instytutem Kosmonautyki – szef mi mówił: rozumiesz.... wtedy i wtedy, przy omawianiu tego i tego tematu masz pójść na herbatę. Ja po prostu wychodziłam, ktoś inny za mnie protokołował. Nie byłam dopuszczana do takich informacji. A o awansie w ogóle nie było mowy.

Zmienił się potem kierownik, przyszedł młody komunista – H. I mieliśmy zatarg. On zrobił wszystko, żeby się mnie pozbyć, bo należałam do (...) [polskiej organizacji, którą akurat chciano zamknąć]. I trafiłam do Centrum Obliczeniowego. No i śmiałyśmy się potem, że byłyśmy tam we trzy: trzy „niewygodne” pracownice z całego Centrum Obliczeniowego były zebrane w jednym pokoju. śmieje się To byłam ja, Polka (a tam w Centrum Obliczeniowym nie miałam żadnych szans awansować, nawet nie wiem, na jakiej podstawie mnie trzymali), Iryna K. – Żydówka, tłumacz, przyjęta do pracy jako inżynier, poliglotka (znała polski, rosyjski, niemiecki, angielski, hebrajski, węgierski, ukraiński, japoński; umiała wziąć tłumaczenie i powiedzieć, jakiej narodowości był tłumacz, który tekst tłumaczył) i Irena – której rodzice przyszli zza Sanu.

To dziwnie zabrzmi, więc z góry przepraszam, że tak znikąd o to zapytam, ale zastanawiam się, dlaczego w domu była kultura polska, a nie ukraińska? Przecież mogła być. A właściwie czemu w ogóle tej ukraińskiej nie było jako takiej?
Nie wiem. Może przez szacunek do mamy?

Ale wiesz, ojciec ze swoją mamą rozmawiał po ukraińsku. I mnie to nie przeszkadzało w ogóle. A jak tylko zjawiałyśmy się my z mamą, to zaraz wszyscy przechodzili na polski. Bo oni ten język znali. Przecież mieszkali w II RP.

Babcia była spokojna, zrównoważona, taka „cichociemna” pod względem przekazywania polskości, śpiewała ci harcerskie piosenki, uczyła języka, tradycji, kultury. Mam wrażenie, że to dziadek był taki „hej, na barykady”. Jak Ty.
Może to była kwestia tragedii rodzinnej, że była taka „cicha”. Bo ojciec nikogo w wojnie nie stracił, a mama – tak. Wszystkich.

Ale wypuszczali Ciebie na Orlęta.
No ja teraz wyobrażam sobie swoją mamę... jak ona musiała to przeżywać... co ona musiała czuć, kiedy my, wariaty, smarkacze, szliśmy poprawiać napisy na Orlętach. A te lekcje religii... Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak ludzie żyli i co ryzykowali. Jak nam rodzice na to wszystko pozwalali... nie wiem. I skąd oni brali na to siłę? No ale my was z waszym ojcem też do harcerstwa oddaliśmy. I nie tylko tam przecież uczyłyście się polskiej kultury. I po polsku się z wami wszędzie rozmawiało. I was też mogą pytać o to, dlaczego polska kultura, a nie ukraińska. Wasz ojciec chyba też z szacunku do mnie chciał się uczyć polskiego i polskiej tradycji. Poza tym to było normalne, że tak się was wychowywało. A to, jak wam się z tym żyło i żyje, to już sama opowiadaj.

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.