Agatha Christie zamordowana!

-a A+

I to całkowicie bezkarnie, w dodatku na oczach milionów świadków! Zbrodnia miała miejsce w ojczyźnie królowej kryminału, a dokonana została przez zorganizowaną grupę przestępczą, obejmującą, niestety, także najbliższych krewnych Agathy Christie…

Mowa o dwóch cyklach telewizyjnych adaptacji powieści z najsłynniejszymi postaciami detektywów stworzonych przez wielką pisarkę – Miss Marple i Herkulesa Poirota, które od kilku lat goszczą nieustannie na różnych polskojęzycznych kanałach.

Jako wielbiciel „kryminałów”, zwłaszcza w owym wyrafinowanym angielskim stylu, którego ukoronowaniem jest wszak właśnie twórczość Agathy Christie, z entuzjazmem zasiadłem do ich oglądania. Początkowo czerpałem z nich niemałą satysfakcję, zwłaszcza z serialu „Poirot”, w którym odtwórca tytułowej roli David Suchet wspiął się na wyżyny kunsztu aktorskiego, tworząc archetypową wręcz postać „małego Belga” i bijąc na głowę dotychczasowych jej wykonawców, też przecie nie byle jakich speców w tym fachu – Petera Ustinova i Alberta Finneya.

Mistrzostwo wcielenia się w tę skomplikowaną wbrew pozorom postać nie zdziwiło zresztą nikogo, kto pamięta sprzed lat genialną kreację Davida Sucheta jako groteskowo-demonicznego Berii – prawej ręki Stalina – w zapomnianym, a znakomitym brytyjskim filmie „Red Monarch” (znanym w Polsce jako „Czerwony car”) z 1983 roku.

W licznych wywiadach, których udzielał Suchet po sukcesie kilku pierwszych odcinków, twierdził on, że wczytał się głęboko w dzieła Agathy Christie, starając się przeniknąć ich sens i tak prowadzić odgrywaną postać, by w niczym nie uchybić intencjom znamienitej autorki. I można by rzec, że swoje zadanie wykonał bezbłędnie, aczkolwiek… ale o tym później.

Póki adaptatorzy zajmowali się opowiadaniami o belgijskim detektywie, wszystko było w porządku, ale gdy doszło do powieści, zacząłem mieć wątpliwości co do niektórych wątków, które dziwnie zgrzytały. Jakieś nielogiczności w argumentacji, niepasujące do całości sceny – czyżby królowa kryminału nie była tak doskonała, jaką ją zapamiętałem z młodzieńczych lektur?… Cóż, pamięć bywa zawodna, ale na nieszczęście dla twórców obu seriali mam w domu spory zbiór powieści Agathy Christie, więc postanowiłem sobie odświeżyć ulubione niegdyś lektury. I tu natknąłem się na trupa. Nie, nie żadnego z tych, których śmierć wyjaśniali tak błyskotliwie Poirot czy Miss Marple – na trupa wielkiej Autorki!

Najpierw wypadł z szafy, gdy skonfrontowałem oryginał powieści „Rendes-vous ze śmiercią” z adaptacją. Pomijam, że główny wątek sadystycznej pseudo-matki został zagmatwany i zepsuty, ale moje zdumienie wzbudził wątek inny – polskiej zakonnicy, która wprawdzie nie zamordowała, lecz okazała się… dostawczynią „żywego towaru” do bliskowschodnich burdeli. Wątek poprowadzony z dużym naciskiem i staraniem: siostra Agnieszka nawet po polsku się modli. Tyle, że nic on nie wnosi do akcji, co się u Agathy Christie nie zdarza. No i się nie zdarzyło, bo po przeczytaniu powieści „na świeżo” z naiwnym zdumieniem stwierdziłem, że takiego wątku w ogóle w niej nie ma!

Naiwność mego zdumienia stała się dla mnie jasna, gdy po uważnym kolejnym obejrzeniu brytyjskich adaptacji przygód Poirota, a zwłaszcza Miss Marple, stwierdziłem, że sytuacja z wprowadzaniem nieistniejących w oryginałach postaci, wątków i interpretacji zdarzeń jest wręcz regułą, a nie przypadkowym potknięciem. I że owe bezczelne interwencje w tkankę powieści rządzą się konkretnymi zasadami. Jedne są dla mnie zrozumiałe, inne postaram się wydedukować na wzór pary wielkich detektywów.

Pierwsza zasada, to niezbyt skrzętnie skrywana niechęć do chrześcijaństwa, a już katolicyzmu w szczególności. Agatha Christie była niewątpliwie osobą głęboko wierzącą, o czym świadczą właśnie jej powieści, w całości oparte na moralności i – co ważniejsze – duchowości chrześcijańskiej. Ideą działalności zarówno Miss Marple, jak i Herkulesa Poirota jest konieczność odsłonięcia Prawdy, uzyskanie Sprawiedliwości i w ten sposób przezwyciężenie Zła.

W serialu z Herkulesem Poirotem nie dało się tych podstaw jego osobowości pominąć, pozostało więc „twórcom” ograniczyć się do bezsensownych nienawistnych wtrętów, jak wspomniany wątek katolickiej zakonnicy, zajmującej się najpodlejszym zajęciem świata – zmuszaniem kobiet do prostytucji. Ale dlaczego na dobitkę scenarzysta uczynił z tej kreatury Polkę? Cóż, dedukuję, iż jego osobiste, lecz wynikające z „liberalnego” ukształtowania światopoglądu idiosynkrazje spowodowały wyzwolenie się automatycznego już u tego typu osobników ciągu pojęciowego: katolicyzm-antysemityzm-niegodziwość-polskość… A może się mylę? I tu pojawił się żal wobec znakomitego odtwórcy roli wielkiego detektywa: czy David Suchet, który tak się wczuł w ducha powieści Agathy Christie nie dopatrzył się niczego niestosownego w chamskim wprowadzeniu obcego jej z gruntu wątku? Wszak będąc już gwiazdą serialu mógł zapewne skutecznie zaprotestować wobec takich praktyk…

Zupełnie podobna historia ma miejsce w adaptacjach powieści z Miss Marple – tam też wprowadzane wątki „chrześcijańskie” służą konsekwentnemu obrzydzaniu wiary. Postaci głupkowatych i prostackich (w oryginale u Agathy – poczciwych i dobrotliwych) duchownych protestanckich są tylko ośmieszane, ale gdy tylko pojawiają się katolickie zakonnice… Tak, zgadli Państwo: ponownie z szafy wypada trup zdumionej Autorki.

W adaptacji jednej z najlepszych powieści z udziałem Miss Marple, „Nemesis”, sprawczynią okrutnej zbrodni na młodej dziewczynie ukrywającej się (nie wiadomo przed czym) w katolickim klasztorze okazuje się – zakonnica lesbijka! Tu już nie miałem żadnych wątpliwości, pamiętając doskonale oryginał, ale dla porządku przeczytałem go ponownie. I doznałem kolejnego naiwnego zdumienia: jak tak można?! Oczywiście, nie zabiła zakonnica, z tego prostego powodu, że ani jej, ani żadnego klasztoru, ani lesbijstwa w tej powieści po prostu nie ma! Ale z rosnącym zdumieniem odkryłem rzecz jeszcze straszniejszą: w tym odcinku poza Miss Marple wszystkie działające postacie i ich motywacje zostały zmienione, zastąpione przez inne, wyssane z brudnego palucha przez bezczelnych „adaptatorów”.

Ująłem ich w cudzysłów z pełnym prawem, bowiem hulali oni po twórczości bezsilnej teraz Autorki bez żadnych skrupułów, popełniając wszystkie możliwe wszak przy adaptacjach błędy zupełnie świadomie. Trudno to nazwać inaczej niż hucpą. Bo o co w tym wszystkim chodzi? O dwie rzeczy: pieniądze i „dekonstrukcję”.

Pieniądze, bo wszak twórczość mistrzyni kryminału nadal jest popularna na całym świecie, więc można zarobić niezły grosz, mając pewność, że oparte na jej twórczości seriale też się na całym świecie sprzedadzą. Była to wprawdzie paskudna konserwatystka, ale tu wchodzi druga inspiracja: no to ją poprawimy, czyli „zdekonstruujemy”!

W internecie natknąłem się na mnóstwo głosów zdegustowanych, podobnie jak ja, wielbicieli pisarki, którzy zwrócili mnie – naiwniakowi – uwagę na zasadniczy rys owej „dekonstrukcji”. Gdziekolwiek u Agathy Christie pojawia się para przyjaciół lub przyjaciółek, „adaptatorzy” zawsze z żelazną konsekwencją „dociskają” (nomen omen) pedał, czyniąc z nich bez żenady pary homoseksualne, choćby to przeczyło logice rozwoju akcji. Ale co komu po logice w epoce „dekonstrukcji”? Chodzi o przekonanie publiczności znającej twórczość Agathy tylko ze słyszenia, że wcale nie była głupio konserwatywna, a wręcz przeciwnie – „tolerancyjna”, czyli prawie-postępowa, czyli „nasza”, a nie tych odrażających zacofańców!

Dlatego – oprócz sztucznego pompowania wątków homoseksualnych – nie było adaptacji super klasyki, czyli „Dziesięciu Murzynków”, bo i niepoprawne politycznie Murzynki zostały już ze wznowień tej powieści wyrzucone – nazywa się ona teraz „I nie było już nikogo”! Znowu w ramiona rozpostarte w bezradnym zdumieniu runął mi trup zniesmaczonej tą hucpą wielkiej Autorki. „Jakże to? – spytałem szacownego trupa – A prawa autorskie?!” Trup miał niewyraźną minę…

Zacząłem więc sprawdzać: Agatha Christie odeszła z tego świata w 1976 roku, zatem… adaptatorzy nie mogą sobie tak dowolnie zmieniać niczego, wszak jeszcze przez kilkanaście lat prawami do jej twórczości dysponują spadkobiercy, którzy nie pozwoliliby chyba tak poniewierać dziedzictwem swej wielkiej krewnej. Z naiwności ponownie wyleczyli mnie internauci, którzy przede mną zbadali tę kwestię i z wściekłością ustalili, że... wszystko to dzieje się w majestacie prawa i za całkowitą zgodą spadkobierców, w osobie wnuka pisarki. Pozwolę sobie przytoczyć fragment z bloga internauty o nicku karakuli.

„Na początek definicja (z „Wikipedii”):
Autorskie prawa osobiste – zespół uprawnień, jakie przysługują twórcy utworu. Autorskie prawa osobiste chronią „intelektualny” związek twórcy z jego dziełem. W prawie polskim pojęcie autorskich praw osobistych reguluje art. 16 "Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych" (Dz. U. z 2000 r. Nr 80, poz. 904). Jest to rodzaj szczególnej więzi niezbywalnej i nie podlegającej zrzeczeniu się, łączącej twórcę z jego utworem, a wyrażającej się w prawie:
• autorstwa utworu,
• oznaczenia utworu swoim nazwiskiem lub pseudonimem albo do udostępniania go anonimowo,
• nienaruszalności treści i formy utworu oraz jego rzetelnego wykorzystania,
• decydowania o pierwszym udostępnieniu utworu publiczności,
• nadzoru nad sposobem korzystania z utworu.
Tak się złożyło, że dopiero niedawno przeczytałem jedną z najbardziej znanych powieści Agaty Christie „I nie było już nikogo”. Nie znacie takiego tytułu? Bardzo dziwne… Dopiero z noty znajdującej się z tyłu książki, można się dowiedzieć, że nosiła ona tytuł „Dziesięciu Murzynków” (Ten Little Niggers), który został zmieniony na życzenie wnuka pisarki, który jest prezesem firmy dysponującej prawami autorskimi. Ingerencje zresztą nie ograniczyły się do samego tytułu. Również w treści powieści Murzynków zamieniono na żołnierzyków.
Jak ma się to do „nienaruszalności treści i formy utworu oraz jego rzetelnego wykorzystania”? Dlaczego Mathew Pritchard (niewątpliwy idiota) może sobie to czy tamto zmieniać w dziełach swojej babki? Ponieważ posiada prawa autorskie – odpowie prawnik i uważa, że to wszystko wyjaśnia. Jeżeli przyjdzie temu kretynowi do głowy cenzurować inne utwory pisarki (a sporo politycznie niepoprawnych fragmentów można u niej znaleźć) to, zgodnie z prawem, wolno mu to uczynić. Mało tego – nikomu nie wolno publikować książek w wersji jakiej stworzyła je Christie! Byłoby to bowiem „naruszeniem praw autorskich”.
Kilka lat temu spotkałem się z problemem ocenzurowania, zgodnie z zasadami politycznej poprawności, „Przygód Tomka Sawyera”. Jednak dzięki temu, że nie były one już chronione „prawami autorskimi” mogą się ukazywać zarówno oryginalne jak i politycznie poprawne wersje tej powieści. W przypadku Agaty Christie jest to niemożliwe”.

I tu się kryje główny zamysł wszelkich „adaptatorów-dekonstruktorów”: z pomocą pożytecznych idiotów za wszelką cenę zmienić „naszą” klasykę w strawny dla postępaków produkt czekoladopodobny, często o wręcz odwrotnej od oryginału, lecz nieodmiennie „postępowej” wymowie.

Tak nam po kawałku zabijają Agathę Christie, Marka Twaina, a na rodzimym podwórku przez „twórcze adaptacje” teatralne klasyków polskich. Dotychczas wywoływało to dziki aplauz „Salonu” i jego tub oraz bolesne popiskiwanie prawej strony. Może dziś sytuacja dojrzała do zmiany? Może coraz silniejsze media nurtu konserwatywnego zaczną nadawać ton i nazywać po imieniu takie „zabiegi adaptacyjne”, demaskując je jako szkodliwą – zwłaszcza dla młodzieży – hucpę, godną nie tylko pogardy ze strony kulturalnego środowiska, ale wręcz eliminacji.

Bo jeśli pozwolimy bezkarnie mordować („modernizować”) prawdziwych klasyków, to wkrótce zamiast kolejny raz czytać z przyjemnością „Dziesięciu Murzynków”, będziemy tylko bezsilnie mamrotać: „I nie zostało już nikogo”…

Jerzy Lubach
Tekst ukazał się w nr 22-23 (291-292) 19 grudnia 2017 – 15 stycznia 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.