Arystokratyczne miejsca Stanisławowa

-a A+

W 2010 roku profesor Uniwersytetu Przykarpackiego Gennadij Sirenko napisał do ówczesnego ministra kultury Ukrainy Dmytra Tabacznika: „Jako arystokrata i szlachcic wywołuję pana na pojedynek według odwiecznego ukraińskiego „prawa zwyczajowego”. Pojedynek, naturalnie, nie odbył się, ale artykuł o nim ukazał. Poświęcony jest arystokratom ze Stanisławowa.

Nie każdy szlachcic jest arystokratą
Nie chcę tu obrazić szanownego profesora, ale do arystokracji on na pewno nie należy. Chyba, że czuje się arystokratą w duchu.

W dawnej Rzeczypospolitej, z Galicją włącznie, szlachty nie brakowało. Jednak większość potomków dumnych rycerzy dawno już zaprzepaściła swe majątki i prowadziła bardziej, niż skromny sposób życia. Angielski uczony Norman Davies pisze, że „wszyscy właściciele ziemscy należeli do szlachty, ale nie wszyscy szlachcice byli właścicielami ziemskimi. W 1670 roku 400 tys. szlachty, czyli 57% było bez ziemi”.

Arystokracja – to była najwyższa warstwa szlachty. Z łaciny „arystokrata” znaczy „szlachetny”. Arystokratów było niewiele – kilkaset rodzin, nie więcej niż 1% szlachty. Historyk Natan Eidelman dał im udaną charakterystykę: „Tu zaczynał się świat, gdzie zwykły strój, np. Potiomkina, kosztował 200 tys. rubli, czyli roczny dochód 40 tys. chłopów; gdzie na balach zapalano 100 tys. świec; gdzie talerze zrzucano ze stołów po każdej potrawie”.

W Polsce arystokratów nazywano magnatami. Początkowo nie nosili oni żadnych tytułów, ponieważ uważano, że cała szlachta jest między sobą równa, może wybierać króla i ma prawo veta na sejmach. Jeżeli pomiędzy magnatami trafiali się książęta, byli to potomkowie litewskich Giedyminowiczów (Wiśniowieccy, Czartoryscy) lub tytuł ten został im nadany przez któregoś z monarchów zagranicznych (Radziwiłłowie, Lubomirscy).

Pod koniec XVIII wieku Rzeczpospolitą podzieliły Prusy, Austria i Rosja. Zaborcy byli zadziwieni ilością rodów z „błękitną krwią” i zalecili weryfikację szlachty. Najbiedniejsi, jak np. Sirenkowie, przegrali, ale magnatom żyło się nieźle. Niebawem wielu rodom magnackim nadano tytuły książęce, hrabiowskie czy baronów. W Stanisławowie mieszkali przedstawiciele co najmniej trzech tytułowanych rodów.

Jak „załatwiono” hrabinę
Dość często rodzinę założycieli Stanisławowa nazywają hrabiami Potockimi, a ich pałac odpowiednio – hrabiowskim. Mija się to z prawdą. Faktycznie, niektórzy przedstawiciele tego rodu posiadali tytuł hrabiowski, ale otrzymali go wówczas, gdy już Stanisławowem nie władali.

Ale jednak pewna hrabina w pałacu mieszkała. W 1771 roku nasze miasto kupiła hrabina Katarzyna Kossakowska. Była wnuczką Feliksa Kazimierza, rodzonego brata Andrzeja Potockiego. Nie zdążyła jednak porządzić, jak Galicję, ze Stanisławowem włącznie, przejęli Austriacy. Katarzyna zmuszona była jechać do Wiednia i składać przysięgę wierności cesarzowi. Kobiecie udało się jednak przypodobać Franciszkowi II i jego matce Marii Teresie.

W 1777 roku Kossakowska skierowała prośbę o nadanie jej i jej siostrzeńcowi tytułu hrabiowskiego. Wkrótce nadeszła odpowiedź, że cesarz nie ma nic przeciwko temu. Katarzyna zapłaciła tysiąc florenów do kancelarii cesarskiej i czekała na tytuł. Czekała siedem lat, aż wreszcie cierpliwość jej się skończyła i napisała skargę do cesarza.

3 czerwca 1784 roku nareszcie dyplom został wydany. Jednak cesarz hrabinę „załatwił”. Została hrabiną, ale o jej siostrzeńcu mowy nie było.

Katarzyna mieszkała w pałacu Potockich, o którym już wiele napisano. W 1792 roku sprzedała swe miasto dalekiemu krewnemu Antoniemu Protazemu Potockiemu, który tytułu hrabiowskiego nie posiadał.

Gniazdo baronów Romaszkanów
Tytuł barona zajmuje ostatni stopień w arystokratycznej hierarchii. Na Galicji takich rodzin było niewiele – kilkadziesiąt. Otrzymać ten tytuł było o wiele prościej niż hrabiowski. W liberalnej Austrii baronami zostawali Żydzi, Ukraińcy, Mołdawianie. Zdarzali się wśród baronów i Ormianie.

Na przykład rodzina Romaszkanów, która była nadzwyczaj rozgałęziona, a jej przedstawiciele zamieszkiwali Galicję i Bukowinę. W połowie XIX wieku Romaszkanowie osiedli w Stanisławowie. Mieszkali w pałacu, wybudowanym w 1843 roku i otoczonym parkiem. Przez dłuższy czas sądzono, że pałac wznieśli sami Romaszkanowie. Jednak krajoznawca Mychajło Hołowatyj zbadał tę sprawę i okazało się, że pierwszymi właścicielami pałacu byli Doszotowie, do Romaszkanów zaś pałac przeszedł później.

„Kamienica w stylu klasycyzmu z nadbudówką – pisze Hołowatyj. – Jedna fasada była z jonicznym portykiem, a druga – z arkadową galerią. Budynek i park nazywano wśród mieszkańców „Zwierzyńcem”, bo leżały w granicach dąbrowy nazywanej Zwierzyniecka.

Pałac baronów Romaszkanów można i dziś zobaczyć pośród miejskiego parku (z kolekcji Jarosława Wasagana)

Pierwszym właścicielem z rodziny Romaszkanów w latach 50. XIX w. figuruje Antoni. Następnie całość przejął brat Mikołaj Jakub, który w 1856 roku otrzymał tytuł barona. Miał w swym władaniu wioski Horodenka i Krychowce. Trzecim właścicielem parkowego majątku został syn tego ostatniego Franciszek Mikołaj. Ten dobrodziej kochał się w muzyce. Założył Towarzystwo miłośników muzyki, przyczynił się do budowy teatru miejskiego i korespondował z Edwardem Griegiem.

Kto przejął po nim pałac – nie wiadomo. Ogólnie historia stanisławowskich Romaszkanów jest mało zbadana i wymaga dodatkowych studiów.

Ten dom przy ul. Gołuchowskiego zbudowano na zamówienie Wojciecha Dzieduszyckiego (pocztówka z kolekcji Ołega Greczanika)

Moskalofob z Jezupola
W ciągu 1895–1896 wybudowano przy ul. Gołuchowskiego (ob. Czornowoła 33) ładny piętrowy budynek w stylu historyzmu. Zamówił ten dom dla siebie nie byle kto, ale hrabia Wojciech Dzieduszycki. Wydawało się, że to nie człowiek, a chodząca kolekcja talentów: archeolog, dramaturg, historyk, literat, medium, poseł na Sejm Krajowy i do Reichsratu, minister Galicji, filozof, publicysta, profesor uniwersytetu lwowskiego.

Ród osiągnął czołowe pozycje w społeczeństwie w XVIII wieku. W okresie austriackim szybko wyczuli okazję i uzyskali tytuł hrabiowski w 1775 roku – jako druga rodzina w Galicji po Sierakowskich.

Mówiąc szczerze, to Wojciech w Stanisławowie raczej tylko bywał i to niezbyt często. W 1900 roku kamienica na Gołuchowskiego ma już innego właściciela. Arystokrata lubił natomiast swój jezupolski majątek. Żartował nawet, że „Franciszek Józef jest panem we Wiedniu, a Dzieduszycki – w Jezupolu”.

Hrabia miał wesołe usposobienie i był tematem licznych anegdot. Na przykład: na jubileusz wieloletniego przewodniczącego austriackiego parlamentu Franciszka Smolki Dzieduszycki wygłosił taką mowę: „Dawni Grecy wierzyli, że gdy przy narodzeniu muza ucałuje dziecko w czoło – wyrośnie mędrzec, gdy w usta lub oczy – okaże się wspaniałym mówcą lub malarzem. Ciekawe, gdzie pocałowała cię muza, szanowny jubilacie, że przez tyle lat siedzisz w krześle przewodniczącego Reichsratu?”.

A jeszcze Dzieduszycki nie cierpiał Moskali. Historyk Igor Czornowoł przytacza kilka charakterystycznych przykładów.

– W 1905 roku, po zwycięstwie Japonii nad Rosją, hrabia zaprosił do Jezupola japońskiego ambasadora w Austro-Węgrzech Nobuaki Makino i urządził na jego cześć taki bankiet, że zaprotestowali przeciwko niemu rosyjscy dyplomaci.

Zmarł Wojciech Dzieduszycki 23 marca 1909 roku we Wiedniu. Zmarł ze wzruszenia, rozmyślając nad tym, jaki zysk będą mieli Polacy z wojny Austrii z Rosją – akurat nadeszła wiadomość o zaostrzeniu stosunków pomiędzy Rosją i Austro-Węgrami.

Powiadają, że zmarł ze szczęścia.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 23-24 (315-316) 18 grudnia 2018 – 17 stycznia 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.