Dwie kolędy sąsiadów

-a A+

Mieszkańcy naszej wioski Sopów koło Kołomyi są grekokatolikami, obchodzącymi święta Bożego Narodzenia według kalendarza juliańskiego (6 stycznia). Jednak nastrój świąteczny zaczyna we wiosce panować już 24 grudnia. Pamiętam, jak w dzieciństwie mój dziadek zakazywał ciężkich prac w „polską Wigilię”, opowiadał o Polakach, którzy mieszkali w wiosce przed wojną, wymieniał ich imiona i nazwiska…

Gdy porządkowaliśmy nasz wiejski cmentarz, nie omijaliśmy starych nagrobków z polskimi napisami. Od naszego proboszcza, ks. Olega Tkaczuka, dowiedziałam się, że w Sopowie było kiedyś siedemnaście polskich rodzin. Byli to przeważnie pracownicy kolei, łączącej Kołomyję ze złożami ropy naftowej w okolicach wioski Rungury. Należeli oni do parafii katolickiej w sąsiednim Kniażdworze. Tam chodzili na nabożeństwa. Z mieszkańcami Sopowa żyli w zgodzie, przyjaźnili się, odwiedzali nawzajem. Nigdy nie było między nimi wrogości.

Obecnie co roku na uroczyste nabożeństwa w naszej cerkwi ks. Oleg zaprasza kapłanów katolickich z Ukrainy i Polski, i razem ze swymi parafianami jeździ na uroczyste nabożeństwa do kościoła w Kołomyi. 24 grudnia zbieramy się przy świątecznym stole. Nie nakrywany go tak, jak w święta, z kutią i 12 potrawami, ale włączamy nagrania kolęd i składamy życzenia krewnym, rozrzuconym po świece i obchodzącym Boże Narodzenie według kalendarza gregoriańskiego.

Pod koniec 2017 roku po raz pierwszy przestąpiłam próg kościoła św. Ignacego Loyoli w Kołomyi. Wiele razy przechodziłam obok, ale jakoś nigdy nie miałam okazji wejść. Po raz pierwszy byłam na Pasterce, w której wspólnie z katolickimi księżmi uczestniczyli ks. Oleg i księża grekokatoliccy z Peczeniżyna i Okrzesińców. Spotkałam tu też wielu znajomych. Kolędowaliśmy, śpiewając „Bóg się rodzi” i „Бог предвiчний народився”. Dowiedziałam się, że ta pierwsza kolęda jest wśród Polaków bardzo popularna, a słowa do niej napisał Franciszek Karpiński, urodzony opodal Kołomyi we wsi Hołosków. Dowiedziałam się też, że swoje życie zawdzięcza huculskiemu opryszkowi Oleksie Dowbuszowi, który podczas napadu na dwór drobnego szlachcica, użalił się na noworodkiem, które ochrzcili jako Franciszek Oleksa. Nie wiedziałam też, że w centrum Kołomyi stał kiedyś pomnik Franciszka Karpińskiego i że co dnia o godzinie 6 rano i 9 wieczorem trębacz z wieży ratusza grał melodię pieśni „Kiedy ranne wstają zorze”, której słowa napisał kołomyjski poeta.

Fot. archiwum ks. Olega Tkaczuka

Po tym, jak na Ukrainie ustanowiono 25 grudnia dniem wolnym od pracy, coraz częściej toczą się dyskusje na temat dwóch kalendarzy, według których obchodzone jest Boże Narodzenie. Postanowiłam o tym i nie tylko o tym porozmawiać ze swoim proboszczem ks. Olegiem Tkaczukiem.

Kiedy i jak dowiedział się Ksiądz, że są dwie daty obchodów świąt Bożego Narodzenia?
Dowiedziałem się o tym, gdy byłem jeszcze dzieckiem, bo urodziłem się w polsko-ukraińskiej rodzinie. Do 1974 roku obchodziliśmy rzymskokatolickie Boże Narodzenie. Gdy w Kołomyi żył jeszcze brat mego dziadka Kazimierz ze swoją żoną Franią, chodziliśmy do nich na Wigilię. Miałem wtedy około ośmiu lat. Mama zawsze wtedy mówiła: „Idziemy do wujka Kazia na święta”. Potem w okresie naszych świąt przychodzili do nas. O tym, że święta obchodzone są dwa razy, dowiedziałem się od swojej babci. Cała rodzina mego dziadka należała do parafii rzymskokatolickiej w Kołomyi, obecnie jest to cerkiew greckokatolicka św. Jozafata. Z czasem nasza rodzina odeszła od kościoła, bo babcia wzięła ślub w cerkwi, a jej brat był księdzem greckokatolickim. W mojej rodzinie z obu stron miałem korzenie polskie – Czarnieccy i Rutkowscy. Ostatni to nawet mieli herb szlachecki Pobóg. Ze strony mamy dziadek był Polakiem, a ze strony taty – mama. Mój wujek Kazimierz zmarł akurat po Wigilii i pogrzeb był 1 stycznia 1975 roku. Otóż w 1974 roku była to nasza ostatnia polska Wigilia, którą obchodziliśmy całą rodziną. Wigilię przygotowywano podobnie jak u nas, a potem kolędowano. Do dziś pamiętam z tych czasów polską kolędę „A wczora z wieczora”.

W 1978 roku pojechałem z grupą Polaków do kościoła do Czerniowiec. W obwodzie iwano-frankowskim nie było żadnego czynnego kościoła katolickiego. Dlatego rzymscy katolicy i grekokatolicy jeździli do kościoła w Czerniowcach. Tam ks. Franciszek Krajewski obsługiwał wiernych obu obrządków z Bukowiny, Podola i Pokucia. Tu, w czerniowieckim kościele, po raz pierwszy ujrzałem szopkę. Kiedyś dobrze rysowałem i lepiłem z plasteliny, wiec po powrocie ulepiłem z pamięci całą szopkę. Pamiętam, że cała wioska przychodziła do nas oglądać na moje figurki. W czasach sowieckich trzymać w domu takich rzeczy nie można było, ale ludzie chodzili, kolędowali, opowiadali jeden drugiemu.

Jeździliśmy też do katedry do Lwowa. Ks. Rafał Kiernicki zawsze spotykał nas słowami: „O, przyjechali moi rodacy”. Nawet, gdy przychodził do katedry któryś z księży greckokatolickich, to o. Rafał miał pozwolenie, by spowiadać wiernych greckokatolickich, ale gdzieś z boku, nie na widoku. Ks. Rafał w tych latach bardzo pomagał naszym kapłanom. Nawet na Jordan (Polacy nie obchodzą tego święta) nasi ludzie przyjeżdżali do katedry we Lwowie, stawali z boku. Potem nasz ksiądz świecił dla nich wodę. To samo było na Wielkanoc – pokarmy święcili według dwóch kalendarzy. Grekokatolicy na „swoją” Wielkanoc z koszyczkami szli do kościoła i tam ksiądz święcił pokarmy. Chociaż „ich” Wielkanoc dawno minęła, ksiądz odmawiał modlitwę i błogosławił pokarmy. I ludzie przychodzili. Taka wówczas była jedność pomiędzy rzymokatolikami i grekokatolikami, pomiędzy Polakami i Ukraińcami.

Fot. archiwum ks. Olega Tkaczuka

Kiedy Ksiądz odkrył swoje powołanie?
Od małego. Brat mojej babci był księdzem greckokatolickim. Pozostawił po sobie krzyż (który obecnie trzymam na ołtarzu), mówiąc: „Będzie tu jeszcze kapłan, który ten krzyż poniesie”. W czasach sowieckich zabraniano chodzenia do cerkwi, ale ja chodziłem. Miejscowy kapłan siał wśród ludzi słowo Boże, wychowywał nas w duchu patriotycznym i gdzieś to we mnie osiadło. Gdy byłem mały, narzucałem na siebie chustę, jak to robią kapłani, zbierałem rodzinę. Lubiłem tak się bawić i wszyscy mówili, że będzie ze mnie kapłan. Po latach, gdy biskup w ukryciu Sofron Dmyterko z zakonu bazylianów odwiedzał naszą wioskę, udzielił mi błogosławieństwa na studia w seminarium.

Jakie było wsparcie dla pierwszych księży katolickich, którzy po rozpadzie ZSRR przyszli do Kołomyi i innych miejscowości?
Wspomagano nas książkami do katechizacji, dawano odpowiednią literaturę, czasopisma katolickie dla dzieci i młodzieży. Ponieważ znałem język polski, więc tłumaczyłem i miałem wiele tych materiałów.

Gdy Ksiądz przyszedł do parafii w Sopowie, czy musiał Ksiądz tłumaczyć wiernym istnienie dwóch kalendarzy?
Gdy objąłem tę parafię, to tłumaczyłem. Ale przede mną wiele tłumaczył ludziom zmarły ks. Mychajło Seneżuk. Z czasem otwarto kościół w Kołomyi, do którego mnie zaproszono. Do miasta przyjechał ks. Piotr Buk. Zamieszkał u mojej dalekiej krewnej, do której też często przyjeżdżałem. W ten sposób poznaliśmy się. Jednak na Boże Narodzenie ksiądz do nas nie przyszedł, gdyż został fałszywie oskarżony o szpiegostwo i deportowany.

Fot. archiwum ks. Olega Tkaczuka

Później na święta mnie i moją parafię zaprosił ks. Alfons Górowski. Chętnie korzystaliśmy z zaproszenia. O 12 godzinie chór z Sopowa i parafianie szli na piechotę do kościoła na Pasterkę. Ksiądz był temu bardzo rad, bo lubił nasze ukraińskie tradycje. Polacy z Kołomyi również przychodzili do nas i poznawali naszą kulturę. Pamiętam, jak po Pasterce wyszliśmy na dwór jeszcze pokolędować, a ksiądz zapytał, jak dostaniemy się do domu. Odpowiedzieliśmy, że na piechotę. Zaproponował, że nas odwiezie. Zaczęliśmy się wymawiać, byliśmy grubo ubrani, w kożuchach, zaś miejsca w busie było niewiele. Zapytaliśmy, jaka będzie zapłata. Ksiądz odpowiedział – kolęda. Jechaliśmy jak śledzie w beczce, ale ksiądz wszystkich rozwiózł po domach. Zaprosił nas na nabożeństwo następnego dnia. Tak zaczęliśmy chodzić – my do nich, a oni do nas. Na nasze Boże Narodzenie gościł u mnie. Gdy przychodził na nabożeństwa do Sopowa, czytał Ewangelię, mówił kazanie i pozdrawiał po ukraińsku. Ludzie bardzo cieszyli się i polubili księdza. Te przyjacielskie stosunki trwały 10 lat, dopóki nie zabrano księdza do Polski.

Był u nas jeszcze ks. Piotr Mały, brat biskupa Leona Małego ze Lwowa. Jesteśmy rówieśnikami i również bywaliśmy u siebie w święta, wspieraliśmy się nawzajem. Księża katoliccy bardzo lubili przychodzić do nas na Jordan i święcić wodę koło rzeki. W 2000 roku było u nas 26 stopni mrozu. Mamy  zwyczaj picia święconej wody z dzwonka. Daliśmy też napić się księdzu. Ten, drżący z zimna, zmarzniętymi rękoma wziął dzwonek i powiada: „Życzę wam gorącej herbaty z cytrynką!”. Takie przyjacielskie stosunki pomiędzy kapłanami i parafianami trwały lata.

Ksiądz nieraz był w Polsce. Co zadziwiło ojca w obchodach „polskiego” Bożego Narodzenia i czym różni się ono od naszego? Czy jest coś specyficznego, czego nie ma w ukraińskim?
Nasze zwyczaje są bardzo podobne. Wprawdzie, tam gdzie byłem, nie ma kutii. Natomiast pieczony karp jest potrawą obowiązkową. U nas wszystkie potrawy od razu wystawia się na stół, w Polsce podaje się po kolei. Wigilia rozpoczyna się od czytania fragmentu Pisma Świętego, czego u nas nie ma. Przed wieczerzą dzielą się opłatkiem. Stół zaściela się białym obrusem. U nas sianko daje się pod obrus, a tam – na obrus i na sianku ustawia się talerze. Byłem pod wrażeniem i od razu przypomniałem sobie moje dziecięce lata, gdy tak samo było u mojej babci (mamy taty). Co do potraw – to barszcz podawano biały, kapustę z grochem, różne rodzaje pierogów: ze śliwkami, z grzybami, z rybą…

Kiedy zaś księża z Polski przyjeżdżali na Ukrainę, poznawali nasze tradycje. Na Wigilii kolędowaliśmy w obu językach – raz jedną kolędę, raz – drugą. Jest kolęda „W Betlejem dziś nowina” („Во Вифлиємi нинi новина”), która w obu językach ma tę samą melodię. Śpiewaliśmy ją wspólnie. Bywało, że przy kolędowaniu siedzieliśmy do 4 nad ranem. Było tak pięknie, czasem mi tego żal…

Na tegoroczne święta ks. Oleg znów zaprosił księży do cerkwi w Sopowie. – Według przykładu naszych przodków, uczmy się dzielić duchem Bożego Narodzenia z bliskimi, pielęgnując dobre tradycje – podkreślił o. Oleg Tkaczuk. – W czerwcu 2001 roku wspólnie z rzymokatolikami z Kołomyi byliśmy we Lwowie na papieskich nabożeństwach – i w katolickim, i w bizantyjskim obrządkach. Przybywając na Ukrainę Ojciec Święty wywołał falę duchowego wzrostu, mówiąc, że „tu Kościół oddycha dwoma płucami – tradycji wschodniej i zachodniej”. Tymi słowami papież podkreślił, że oba obrządki – bizantyjski i łaciński są połączone w jednym katolickim Kościele powszechnym. Dlatego tak ważne jest wzajemnie ubogacające zrozumienie i szacunek dla obrządku i tradycji sąsiadów. Wówczas nie będą wynikały różne uprzedzenia, podejrzenia, nieporozumienia i wrogie nastawienia jednych do drugich. Nie obawiajmy się podczas świąt Bożego Narodzenia przekroczyć progu świątyni sąsiada. Zresztą – nie tylko w te dni – zakończył ks. Oleg.

Diana Czawaga

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.