Z kim warto przegrać?

-a A+

Z Piotrem Sobotą, dziennikarzem i poetą, spotykam się w jednej z rzeszowskich kafejek. Wita mnie uśmiechnięty. – Mam najlepszy maj w życiu – słyszę do progu.

Dostałeś trzy nagrody za zajmowanie się Kresami: III Nagroda w kategorii Programy Radiowe za program radiowy „Odnowienie Ślubów Lwowskich Jana Kazimierza – 360 rocznica”, II Nagroda w kategorii programy radiowe za program „Jubileusz 200-lecia Szkoły Średniej nr 10 im. św. Marii Magdaleny we Lwowie, a także Kresowy Laur Umiejętności i Kompetencji za przywracanie narodowej pamięci prawdy o polskich Kresach przez twórczość radiową i literacką. Co spowodowało, że zacząłeś zajmować się tym tematem, zacząłeś się tym interesować i w efekcie doprowadziło Cię to do tych trzech nagród?
Fakt, że pojechałem do Lwowa i się w nim zakochałem. Ale przede wszystkim – to chyba wynikało z wrodzonej przekory. Rzeszów nie był zainteresowany tym, żebym zajmował się nim dziennikarsko, więc zająłem się tym tematem, który mogłem robić. Skoro w Rzeszowie nikt nie był zainteresowany moimi zdolnościami i umiejętnościami, to pojechałem do Lwowa i tak wyszło. Wyspecjalizowałem się na tyle, że dostałem cztery ważne nagrody. 27 maja w Warszawie dostałem III nagrodę na XXXIIII Międzynarodowym Festiwalu Filmów i Multimediów „Niepokalanów”. Na tym festiwalu byli nagradzani tacy polscy twórcy jak Wajda czy Zanussi. W tym roku nadeszło 110 prac z 16 krajów świata.

Dlaczego Lwów, dlaczego Ukraina, dlaczego Kresy? Dlaczego pojechałeś akurat w ten rejon, żeby zajmować się nim dziennikarsko? Bo przecież nie możemy powiedzieć, że Rzeszów Cię nie chciał, czy też nie chciał, byś zajmował się nim.
Nie możemy powiedzieć? Sądzę, że tak jednak było. Nie mogłem tutaj znaleźć pracy. Pomimo tego, że moje relacje gościły na antenie Polskiego Radia Rzeszów. A dlaczego Lwów? Myślę, że każdy Polak powinien do Lwowa pojechać, bo tam można się nauczyć patriotyzmu i miłości do Polski. Wiem, że to brzmi dziwnie dla osób postronnych, bo Lwów jest miastem ukraińskim, ale na kartach historii Lwów wielokrotnie miał dużo do powiedzenia w sprawach polskiej niepodległości.

Czy możesz nam więcej powiedzieć na temat tych czterech nagród. W jakich okolicznościach i za co konkretnie dostałeś te nagrody?
Dwie nagrody dostałem dwa lata z rzędu, co jest pewnym ewenementem. Za pierwszym razem mogłem powiedzieć, że to przypadek albo konkurencja była słaba, ale otrzymanie nagrody dwa razy z rzędu o czymś świadczy. Pierwsza z nagród to było drugie miejsce na Festiwalu Losy Polaków. Jest to nagroda międzynarodowa. Dziennikarze z całego świata przysyłają swoje prace. Za pierwszym razem bardzo się ucieszyłem. Była to duża niespodzianka. Nagrodę dostałem za reportaż wyemitowany w Polskim Radiu Lwów, dotyczący 200-lecia szkoły nr 10. Ciekawostką jest to, że szkoła ta walczyła o przyznanie jej historycznego imienia. Udało się m.in. dzięki wspólnej pracy dziennikarzy i innych ludzi, którym na tym zależało. Drugą nagrodę otrzymałem rok później, czyli w 2017 roku za reportaż z 360. rocznicy odnowienia lwowskich ślubów Jana Kazimierza. Wykorzystałem w nim rozmowy z najważniejszymi urzędnikami w państwie polskim. Był to marszałek senatu Stanisław Karczewski, wicemarszałek sejmu Ryszard Terlecki, był też wiceminister z kancelarii Andrzeja Dudy Andrzej Kwiatkowski. Festiwal odbywa się pod honorowym patronatem marszałka senatu Stanisława Karczewskiego, Anny Marii Anders, prezesa Telewizji Polskiej Jacka Kurskiego i Michała Dworczyka – obecnie szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Ponieważ było to trzecie miejsce, mnie to trochę zdruzgotało, bo rok wcześniej było drugie, ale moja dziewczyna zauważyła, że drugie miejsce zdobył Tomasz Jeleński z programu trzeciego Polskiego Radia, więc myślę sobie, że „z gościem z Trójki warto przegrać”. A maj roku 2018 to dla mnie miesiąc życia. Nagroda za reportaż w Warszawie i Nagroda Specjalna w Cieszanowie za wiersze o Polskich Kresach i pogranicza wschodniego.

Jak ważne są dla Ciebie te nagrody i jaki mają status w Twojej karierze?
Może jeszcze powiem o nagrodzie, która była za całokształt działalności dziennikarskiej, więc można w zasadzie już się pakować na drugi brzeg. Była to nagroda Światowego Kongresu Kresowian. W uzasadnieniu napisano: „za przywracanie prawdy o polskich Kresach”. Oczywiście, była to nagroda za literaturę i za radio. Dla bezrobotnego dziennikarza, który od siedmiu lat robi radio za darmo, jest to bardzo ważne. Zwłaszcza że dzięki tym nagrodom mogę jakoś przebić się do opinii publicznej. A w Rzeszowie, czy na Podkarpaciu to było zawsze niezauważane! Myślę, że te nagrody umożliwiły mi przebicie się przez tych ludzi, którzy przysłaniali mnie trochę. Kiedyś zadzwonił do mnie kolega z gratulacjami, bo usłyszał o mnie w serwisie Polskiego Radia, więc cel w jakiś sposób został osiągnięty. Przez wiele lat w Rzeszowie można było usłyszeć, że dla Radia nic nie zrobiłem, że jestem nikim. A ja po cichu robiłem radio. Bałem się, żeby tego też mi nie odebrano.

Przejdźmy teraz do pozytywnej strony pracy dziennikarza. Co ciekawego spotkało Cię podczas pracy nad tematem kresowym i o czym chciałbyś się z czytelnikami podzielić?
Kiedyś szedłem sobie obok domu Hipolita Śliwińskiego, w którym Józef Piłsudski przez jakiś czas przebywał. Wyszedłem sobie na murek znajdujący się naprzeciwko, żeby zrobić pamiątkowe zdjęcie (bo też jestem fotografikiem i tych zdjęć ze Lwowa i Kresów przywożę mnóstwo). I tam znalazłem dwie tablice rejestracyjne. Domniemałem, że skradzione. Zadzwoniłem więc do koleżanki Ukrainki, której mąż był wtedy jeszcze milicjantem. Zapytałem co z nimi zrobić. A ona mówi: „to zostaw je na miejscu, bo jak zadzwonisz na milicję, to będą Cię trzy dni przesłuchiwać, nic z tego nie wyniknie, a tylko zniszczysz sobie wyjazd”. Ale ja jakoś nie mogłem tego tak zostawić. Po chwili patrzę, jest jakiś ford fiesta bez tablic rejestracyjnych. Przeszedłem jeszcze kilkaset metrów i pojawił się bar. Zagadałem tam do barmana, który – okazało się – znał właściciela tego samochodu bez tablic. To była jedna z tych historii. Druga mniej zabawna. Przed ratuszem lwowskim była szopka bożonarodzeniowa. Sianko, figurki świętej rodziny i pies. Dość duży, turyści go karmili. Pomyślałem – ojej, jak on źle wygląda, może jest chory, może otruty, trzeba coś zrobić, żeby mu pomóc. Zadzwoniłem do kolegi, który podał mi numer telefonu do schroniska, ale tam nikt nie odbierał, więc zadzwoniłem na milicję. Mówiłem po ukraińsku, trochę dukałem, więc pani w słuchawce poprosiła dla mnie kogoś mówiącego po polsku. Powiedziałem, że jestem polskim dziennikarzem i chciałbym bardzo, żeby milicja ukraińska pomogła temu psu. Rzeczywiście milicjanci przyjechali, weszli do szopki i pałkami wygonili psa z szopki.

Jesteś zapalonym rowerzystą. Czy ten jednoślad pomagał Ci szybciej dotrzeć do swoich rozmówców lub na miejsce, gdzie realizowałeś swój materiał dziennikarski?
A to dobre pytanie, chociaż muszę Cię zaskoczyć, bo na pewno z Rzeszowa do Lwowa nie dojeżdżam rowerem. Nie mam jeszcze na tyle intensywnych treningów, chociaż ostatnio mam takie marzenie, żeby wziąć udział w rajdzie zadwórzańskim. Już dystans 100 km pokonałem kilkakrotnie.

Masz jakieś plany krótko lub długodystansowe na najbliższy czas? Co, jeśli nie dziennikarstwo?
Jeśli nie uda się być radiowcem, to będę musiał zmienić coś w swoim życiu, a to trudno się tak przestawić, bo dziennikarzem jest się przez cały czas. Ja już teraz nie słucham Polskiego Radia, czy w ogóle radia, bo jak słucham, to wyłapuję błędy i przez to cały czas jestem w pracy i słyszę błędnie wypowiedziane słowo albo błąd w montażu. Myślę, że jeszcze kilka tematów chciałbym zrealizować. Chociażby to mnie bulwersuje, że czasem na Ukrainie mówi się o ukraińskim Krakowie. Już nawet rozmawiałem z jednym historykiem sztuki we Lwowie, żeby mnie umówił z jakimś autorytetem, który udowodni, że Kraków był ukraińskim miastem. Wielokrotnie spotkałem się z takim powiedzeniem, że Przemyśl czy Rzeszów to ukraińskie miasta, mają nawet staroruskie nazwy takie jak Peremyszl czy Riasziw. Nauczyciele na kursie ukraińskiego wspominali o tym, ale Kraków to już „przegięcie”.

Powiedz nam jeszcze, w jakich warunkach montujesz swoje materiały?
To ciekawe pytanie, bo po ostatniej nagrodzie, którą dostałem, zadzwoniłem do Warszawy i mówię: „To jakaś pomyłka, przede mną jest dwóch zawodowców. Na pierwszym miejscu pan z Polskiego Radia, na drugim pan Tomasz Jeleński z programu trzeciego Polskiego Radia. To już w ogóle jest niebo dziennikarskie. Panowie, tam jest tradycja, duże pieniądze, lata doświadczeń, a ja swoje radio robię w małym pokoju”. Jak rozłożę wersalkę, to nie mogę się przemieścić między wersalką a biblioteczką. Muszę złożyć wersalkę, żeby wyjść z pokoju. Robię to wszystko na laptopie, który w tym momencie ma już siedem lat. Jak trzeba, to wysprzedaję trochę rzeczy osobistych, żeby dojechać na Ukrainę, także obecnie mam do sprzedania całą biblioteczkę klasyków filozofii. Jakby ktoś chciał, to proszę zgłosić się do redakcji.

Czyli chcesz nam powiedzieć, że nie trzeba mieć dużego zaplecza finansowego, żeby osiągać dobre wyniki w dziennikarstwie, a nawet nagrody?
Tak, to prawda. Sprawa się komplikuje w wypadku telewizji. To jest droższa zabawa, bo potrzebna jest kamera, mocniejszy komputer do montażu. Dlatego – oczywiście poza wyglądem, który mam typowo radiowy – wystarczy nosić mikrofon. Kiedyś byłem fotoreporterem, ale noszenie kilku obiektywów zajmuje więcej miejsca, są cięższe, więc radio jest dla mnie idealne.

fot. z archiwum Piotra Soboty

Ile lat zajmujesz się dziennikarstwem i tematem kresowym? To zdaje się, że powinno być pierwsze pytanie (śmiech).
Tu Cię zaskoczę, bo właściwie nie pamiętam, kiedy debiutowałem. Miałem swoją rubrykę, bardzo ciekawą, w gazecie codziennej Nowiny (Rzeszów). Rubryka miała tytuł: „Podpatrzone przez Piotra Sobotę”. Była słowno-fotograficzna, wyśmiewałem w niej błędy miejscowej władzy i może dlatego miałem tak pod górkę. Zawsze znajdowałem coś, co w mieście było źle zrobione, jakaś dziura, pomyłka. Nawet raz udało mi się wybudować przystanek autobusowy w Krośnie, bo nie było ławeczki, starsi ludzie czekali na autobus, a po mojej publikacji pojawiła się ławeczka. Więc był to mój mały sukces. Było to dawno temu, nie pamiętam, który to był rok. Wiem, że potem było Studenckie Studio Polskiego Radia Rzeszów, a Lwowem od siedmiu lat się zajmuję. Siedem lat tułaczki po Ukrainie charytatywnie... Oczywiście nie codziennie.

Jest coś w Twojej karierze, czego nie zrobiłbyś drugi raz?
Tak tylko teoretyzuję, bo jestem dość buntowniczy i nie lubię układów i koterii, ale zdarzyło mi się skrytykować kogoś, kto wszedł w nie swoje buty i uratować pewną redakcję przed likwidacją. I to też było źródłem moich problemów, dlatego podejrzewam, że być może, gdybym nie ratował owej redakcji przed likwidacją, to pewnie byłbym już na etacie albo w zupełnie innym miejscu kariery. A tak byłem ofiarą hejtu i wycinania mnie. Nie wiem, czy powstrzymałbym się przed tamtym wydarzeniem, ale na pewno nigdy nie sprzedałbym się, nie przyjął łapówki za napisanie tekstu bądź zrobienie materiału dziennikarskiego w ramach jakiejś korzyści osobistej. Na pewno nie zrobiłbym tego, bo uważam, że dziennikarstwo jest po to, żeby pomagać ludziom, patrzeć władzy na ręce i mówić prawdę.

Co doradziłbyś młodym ludziom, którzy chcą wejść na drogę dziennikarską?
Trzeba mieć otwarty umysł, otwarte oczy i nie bać się przede wszystkim. I rzeczywiście mój przypadek pokazuje, że można mieć tylko mikrofon, a robić dobre dziennikarstwo i być ogólnoświatowo nagradzanym. Natomiast jeśli kochani młodzi ludzie, chcecie robić karierę na prowincji, to jest to niemożliwe, bo niestety tu funkcjonują utrzymane przez wieki zaszłości, których nie da się obejść. Dlatego proponuję – jedźcie do Warszawy i próbujcie w mediach centralnych. Będzie to lepsze dla Was finansowo i jeśli chodzi o karierę. Natomiast ja lubię mój Rzeszów, mój Lwów i swoiste lenistwo, czas, który tu płynie zupełnie inaczej niż w Warszawie.

Rozmawiała Sabina Lewicka
Tekst ukazał się w nr 12 (304) 30 czerwca – 16 lipca 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2018 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.