Pięciodniowe przejście graniczne Łubnia – Wołosate

-a A+

Podczas długiego weekendu majowego w obrębie Przełęczy Beskid pod Menczyłem w Bieszczadach, gdzie funkcjonowało tymczasowe piesze przejście graniczne Łubnia – Wołosate odnotowano 2784 przekroczeń granicy państwowej (1397 do Ukrainy i 1387 do Polski) – poinformowała zakarpacka obwodowa administracja państwowa. Obywateli RP było dwa razy więcej niż obywateli Ukrainy.

Polacy 963 razy wchodzili na ukraiński teren oraz 951 razy wracali do Ojczyzny. Ukraińcy przekroczyli granicę odpowiednio 421 i 422 razy. W dniach 1-5 maja skorzystali z tej furtki na granicy ukraińsko-polskiej również obywatele Niemiec, USA, Czech, Słowacji, Włoch, Białorusi, Szwajcarii i Węgier.

Pogoda to nie przeszkoda dla turystów

– Zakarpacie ma stałe przejścia graniczne z Rumunią, Węgrami i Słowacją, jednak nie mamy żadnego przejścia z Polską, dlatego od lat dokonujemy wszelkich starań, by uruchomić też przejście Łubne-Wołosate – powiedział dla Kuriera p.o. przewodniczącego zakarpackiej państwowej administracji obwodowej Jarosław Hałas, który oczekiwał na delegację władz z Polski. – W ubiegłym roku dzięki współpracy z województwem podkarpackim w tym miejscu odrodziliśmy Dni
Dobrosąsiedztwa.

Tegoroczna ceremonia oficjalna odbyła się porankiem 1 maja również po stronie ukraińskiej. Konsulat Generalny RP we Lwowie reprezentowała zastępca Konsula generalnego Katarzyna Solek. Po odegraniu hymnów narodowych obydwu państw głos zabrali przedstawiciele lokalnych samorządów.

– Bardzo się cieszymy, że możemy dzisiaj się spotkać w 15. rocznicę przystąpienia Polski do Unii Europejskiej – powiedział marszałek województwa podkarpackiego Władysław Ortyl. – Myślę, że ważne jest, aby te projekty, które są wspierane ze środków UE, były też dobrymi praktykami, przykładami dla strony ukraińskiej. Chcielibyśmy, aby Ukraina jak najszybciej była w Unii Europejskiej, abyśmy mogli tę granicę przekraczać łatwiej, częściej i oczywiście bez większych problemów. Myślę, że granice czasami dzielą, ale dziś ta granica oczywiście łączy. Jesteśmy razem. Po dwóch stronach granicy są Karpaty, wspólne dla nas góry. Wspólna tradycja, wspólne dziedzictwo. Możemy dzisiaj poznawać i udostępnić również to przejście tymczasowe większej grupie turystów polskich i turystów ukraińskich. Widzimy, że zainteresowanie jest duże. A obawiałem się, że ta pogoda kogoś wystraszy i zniechęci, ale turysta jest osobą zahartowaną, dzielną, cały czas żądną nowych doświadczeń i spotkań. Widać jak licznie przybyli turyści na to przejście. Jesteśmy tutaj delegacją, która naprawdę chce, abyśmy mogli się tu spotkać i z życzliwości naszych przyjaciół z Ukrainy skorzystać. Bardzo dziękujemy i cieszmy się dzisiejszym dniem.

Pomimo deszczu z wiatrem i mgły, w oczekiwaniu na odprawę ruchu przez granicę po obu jej stronach zgromadziło się sporo turystów. Granicę można było przekroczyć pieszo i rowerem na podstawie ważnego paszportu.

Na długo przed otwarciem przejścia Łubnia – Wołosate ze strony ukraińskiej, jako jeden z pierwszych, na Przełęcz Beskid wyjechał rowerowy podróżnik o jednej nodze Rafał Gręźlikowski z Polski.

– Mam drugą nogę amputowaną wskutek nowotworu, ale jak widać dzięki protezie można śmiało poruszać się również po górach – powiedział Gręźlikowski. – Posiadam taki bardzo górski rower, którego opony przypominają bardziej motor, aniżeli rower i dzięki niemu wjechałem tutaj na szczyt pomimo niezbyt sprzyjającej podróży. Podróżowałem zaczynając od Krościenka, gdzie przekroczyłem granicę. Pojechałem najpierw pod Lwów. Tam m.in. spałem w ruinach polskiego zamku. Jestem trochę zmęczony, niedospany. Noc była ciężka, ponieważ przez całą noc padał deszcz i była niesamowita wichura. Spałem z niedźwiadkami brunatnymi. Z tego zmęczenia zupełnie zapomniałem o strefie przygranicznej! No i widząc fajną przestrzeń pod lasem (tuż przy granicy), rozglądałem się za miejscem na rozbicie namiotu. A kiedy jakiś „koleś” zaświecił mi nieco mocniejszą latarką po oczach, pokazałem mu jak świeci moja rowerowa lampka. Okazało się że to ukraiński strażnik graniczny. Zresztą biegiem dołączył do niego drugi. Pogadaliśmy sobie chwilę i jeszcze podpowiedzieli mi, gdzie mogę na legalu w sercu ukraińskich Bieszczad spędzić noc. Dotarłem w to miejsce po 1 w nocy. Właśnie słucham sobie słowackiego radyjka, a u strażników granicznych z miejscowego posterunku zostawiłem power bank do naładowania, ponieważ jakoś trzeba sobie radzić. Poznałem też dyrektorów Bieszczadzkiego Parku po dwóch stronach granicy.

– Przyjechaliśmy z Sanoka i chcemy po stronie Bieszczad ukraińskich zdobyć szczyty Pliszkę, Wieżą lub Czeremchę” – powiedzieli chłopacy z plecakami i rowerami.

– A ja odwrotnie – śmieje się Iwan Bałaż z miasteczka Wielki Berezny. – Mieszkam tak blisko stąd, ale nigdy nie byłem na Tarnicy, ponieważ dla nas leży ona po stronie polskiej.

W tych dniach miłośników turystyki rowerowej z Polski można było spotkać w okolicznych wioskach zakarpackich oraz na Przełęczy Użockiej (852 m n.p.m.), również dalej, już na terenie obwodu lwowskiego. Kilka osób udało się po bezdrożu w kierunku Turki, żeby zobaczyć ze strony ukraińskiej pasma Bieszczad polskich oraz urokliwe wioseczki bojkowskie z drewnianymi cerkwiami. Rowerzyści z Sandomierza dotarli do opuszczonego kościółka drewnianego w Ilniku.

W oczekiwaniu na turystów z Polski

Dla Polaków Bieszczady to dzikie góry, dla Ukraińców to nostalgia wysiedlonych stamtąd za wioskami rodzinnymi. Mieszkańcy natomiast Zakarpacia mają osobliwe postrzeganie pojęcia granic, ponieważ często zmieniały się one z powodu przynależności tej ziemi do różnych państw: Austrii, Węgier, Czechosłowacji, Związku Radzieckiego. Podczas jednego z Forum Karpackiego w Przemyślu ówczesny przewodniczący zakarpackiej obwodowej administracji państwowej Genadiusz Moskal w naszej rozmowie tak wyjaśnił potrzebę otwarcia przejścia Łubnia – Wołosate: „Niedźwiedzie i jelenie tam chodzą sobie przez granicę, tak i ci ludzie. Chodzili, chodzą i będą chodzić. Czemu więc nie postawić tam cywilizowanego przejścia granicznego i nie pobierać cła?”

Zdaniem mieszkańców Łubni jest to przesada, ponieważ straż graniczna sprawnie pilnuje 28 kilometrów granicy ukraińsko-polskiej. Czasem tylko ktoś z Ukraińców zaryzykuje zbierać czarne jagody czy grzyby również po stronie polskiej. Wspomnieli, że kilka lat temu zagościł do Łubni cały autokar z byłymi mieszkańcami Wołosatego, których w 1947 wysiedlono stąd do ZSRR. Polska straż graniczna wpuściła ich jedynie na 200 metrów, ażeby popatrzyli na swoją ojcowiznę oraz zabrali po grudce ziemi.

– Moja babcia pochodziła z Wołosatego – powiedział Mychajło Muszak. – Kiedyś to była duża wieś ukraińska, bogata. Tam było dwa młyny. W tym miejscu zawsze była granica, jednak nasi dziadkowie chodzili jedni do drugich. Trzeba było tylko posiadać zaświadczenie od sołtysa i zameldować się na posterunku. Po tej stronie granicy pozostały groby naszych krewnych.

Według moich rozmówców ponad 30 procentów mieszkańców Wołosatego miało swoje korzenie w Łubni. W Wołosatym było bardzo mało siana, a w Łubni soli, dlatego była wymiana. Przychodzili z Wołosatego do Łubni również po kosy. Po wysiedleniu ukraińskim mieszkańcom Wołosatego nie wolno było zamieszkać w Łubni czy w sąsiednich wioskach zakarpackich, lecz przetransportowano ich w okolice miasta Stryj. Natomiast Wołosate zostało spalone.

Łubnia przypomina żywy skansen. Jest to bardzo malownicza wioska, gdzie pozostało wiele długich drewnianych chyż łemkowskich.

– Mieszka tu do 100 ludzi – wyjaśniła wójt Olga Kofel. – Jest 36 chyż bez mieszkańców. Otwarcie stałego przejścia na granicy mogłoby zmienić życie w tej ubogiej górskiej wsi.

Razem z wicemarszałkiem województwa podkarpackiego Piotrem Pilchem wchodzimy do opuszczonej chyży łemkowskiej. Właściciele chcą ją sprzedać.

W jednym z pomieszczeń klubu wystawiono stare stroje ludowe, ręczne hafty, drewniane naczynie. Jest w Łubni też cerkiewka, mini-market i na razie żadnej innej infrastruktury. Stałego połączenie autobusowego ze światem też nie ma, a do najbliższej stacji kolejowej w Stawnym na linii Użgorod – Lwów 7 km.

Tymczasem na Przełęczy Beskid, po stronie ukraińskiej, trwał kiermasz gastronomiczny i rękodzieła artystycznego, który cieszył się dużym zainteresowaniem ze strony polskich turystów.

– Jak tecze woda spod Beskida zielonego, spod samej Czeremchi, taka pomocna i zdrowa, ażeby ciekła do naszych i waszych rodzin radość, zgoda i błagodać, na mnohaja i błahaja lita! Ale śpiewajmy Chrystos Woskres czyli Pan Jezus Zmartwychwstał!” – życzył na pożegnanie były wójt Łubni, a teraz przewodniczący państwowej administracji rejonowej w Wielkim Bereznym Wasyl Kiryk.

Konstanty Czawaga

Fot. Konstanty Czawaga

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.