Powódź 1969 roku

-a A+

Przełom maja i czerwca bieżącego roku 2019 zapamięta się mieszkańcom Frankiwska jako czas bezustannych deszczy. Poziom wody w rzekach osiągnął wysokie wskaźniki i gdyby deszcze nie ustały, mogłoby dojść do powodzi.

Sytuacja była podobna do tej z 2008 roku, gdy zamknięto most na Pasieczną. Klęska ta byłaby jednak niczym w porównaniu z latem 1969 roku. Wówczas Iwano-Frankiwsk mocno ucierpiał od wodnego żywiołu i przeżył swego rodzaju mokrą apokalipsę.

Restaurację „Bystrzyca” zatopiła… Bystrzyca (fot. Maria Gołubiewa)

Bezżałosna statystyka
Na początku czerwca 1969 roku nad Morzem Śródziemnym powstał potężny cyklon. Przeszedł nad Bałkanami i 7-8 czerwca dotarł nad Przedkarpacie. W całym obwodzie wystąpiły ulewne deszcze. Jak obliczyli naukowcy, na nasz region spadło około 3,5 miliardów ton wody. Część wsiąkła w grunt, ale większość masy wodnej trafiła do rzek.

Większość z nich ma swe źródła w górach i przy ulewach zamieniają się one w potężne rwące potoki. W artykule poświęconym porównaniu katastrofalnych powodzi na przełomie XX-XXI w. dr nauk geograficznych Uniwersytetu Kijowskiego Lubow Tymczuk przytacza interesująca statystykę. Z tej wynika, że maksymalny poziom wody zarejestrowano 8 czerwca 1969 roku, gdy na punkcie obserwacyjnym w Iwano-Frankiwsku na Bystrzycy Sołotwińskiej odnotowano poziom wody 7,1 m. Kolejne powodzie nawet nie zbliżały się do tego notowania.

Panorama ul. Nadbrzeżnej od strony mostu (fot. Maria Gołubiewa)

Co było przyczyną powodzi? Obecnie jest wiele narzekań na totalne wycinki karpackich lasów. Mówi się, że jeden świerk może zatrzymać do 5 ton wody rocznie. Uczeni jedynie uśmiechają się na takie rozmowy – tak naprawdę gałęzie drzewa mogą „złowić” jedynie 5 mm opadów. Jeszcze 7–10 mm przyjmuje ściółka leśna z liści i igieł. Sam grunt zdolny jest zatrzymać około 100 mm. A teraz fakty: w ciągu 7–8 czerwca 1969 roku na Przedkarpaciu spadło do 350 mm opadów, czyli w ciągu dwóch dni dwumiesięczna norma opadów. W tej sytuacji, nawet gdyby całe Karpaty obsadzono baobabami, nic nie powstrzymałoby takiej ilości wody.

Ewakuacja
We Frankiwsku wydarzenia przebiegały mniej więcej tak. Całą noc z 7 na 8 czerwca była ulewa. Nad ranem mieszkańcy pierwszych zabudowań przy ul Nadbrzeżnej zrozumieli, że są odcięci od cywilizacji. Rzeka Bystrzyca Sołotwińska wyszła z brzegów, przerwała nikły wał ziemny, wylała na drogę i podeszła pod nowe budynki, tzw. „chruszczowki”.

W dziewięciopiętrowym bloku pod nr 2 mieszkał młody architekt Zenowij Sokołowski. Opowiedział o własnych wrażeniach z buszującego żywiołu:

– Ul. Nadbrzeżna była wówczas masowo zabudowywana. Zasiedlono już mój blok i dwa sąsiednie, pięciopiętrowe. Jeszcze jeden blok był już gotowy, ale jeszcze bez mieszkańców i trwały tam roboty porządkowe. Dalej, w głąb Nadbrzeżnej stawiano kolejne bloki, na którymi wznosiły się dźwigi.

Żona akurat urodziła córeczkę i była w szpitalu, więc zostałem sam na gospodarce. Gdy rano wyjrzałem przez okno, zrozumiałem, że mieszkam na wyspie – woda dochodziła prawie do parapetu parteru, wdarła się na klatkę schodową i zatopiła piwnice.

Zalane bloki na ul. Nadbrzeżnej (fot. Zenowij Sokołowski)

Niebawem po mieszkaniach zaczęła chodzić milicja i przedstawiciele władz. Uprzedzali, że nasz blok jest mocno podtopiony i może się zawalić. Stanowczo doradzali natychmiastową ewakuację. Mieszkańców wywożono na pontonach, najbliższe suche miejsce było aż na ul. Halickiej koło szkoły muzycznej. Każdy nocował gdzie mógł – przeważnie u rodziny czy znajomych. Ale byli i tacy, którzy ryzykując pozostali w mieszkaniach, aby pilnować dobytku. Aby nie dopuścić do grabieży, przy klatkach schodowych dyżurowały patrole milicji.

Jakiś mężczyzna chciał autem przeskoczyć z Nadbrzeżnej na ul. Zwycięstwa, ale utknął i samochód trzeba było wyciągać. Było to akurat naprzeciwko naszego bloku, więc całą akcję oglądało sporo gapiów.

Jeden z mieszkańców chciał umknąć na swojej „Pobiedzie”. Nie udało się (fot. Zenowij Sokołowski)

Po kilku dniach, gdy już woda opadła, zawitała do nas komisja architektów i konstruktorów z p. Maluszenko na czele. Obejrzeli fundamenty i orzekli, że naszemu blokowi nic nie zagraża. Zaraz po tym mieszkańcy zaczęli wracać”.

Wspomnienia Sokołowskiego potwierdza artykuł w „Przykarpackiej Prawdzie” z dnia 10 czerwca 1969 roku zatytułowany „Mieszkańcy Przykarpacia walczą z następstwami żywiołu”. Mowa w nim o tym, że milicja wywiozła w bezpieczne miejsce 45 rodzin. Szczególnym bohaterem został sierżant Stefinko, który jako pierwszy rzucił się do rwącego potoku, ratując 6-letnią dziewczynkę. Do walki z żywiołem skierowano połowę składu osobowego milicji. Prace ratunkowe trwały również na lewym brzegu. Dzielnica Pasieczna bardziej wówczas przypominała wioskę. Budynki podtopiło i trzeba było ratować blisko 250 osób.

Ale prawdziwa bitwa toczyła się o most. Był to most stary, metalowy i znajdował się bardziej na lewo, gdy wyjeżdża się z miasta. Dowieziono wiele ciężkiego sprzętu i ludzie naprędce sypali nowe wały, układali worki z piaskiem, do wody zrzucano betonowe bloki. Do pracy dołączyli ochotnicy. Most został uratowany.

Operacja „Woda”
Po przeciwnej stronie miasta sytuacja też była trudna. Budynki podmiejskich Opryszkowic nie stały nad samą wodą, dlatego poważnych podtopień tam nie było, zostało jednak przerwane połączenie drogowe z sąsiednim Czerniejewem, gdyż most na Bystrzycy Nadwórniańskiej zagrażająco się wygiął.

Pod mostem przebiegał rurociąg dostarczający wodę pitną do miasta. Gdyby został przerwany, miasto byłoby pozbawione wody. Trudno to sobie wyobrazić! Pracownicy zarządu wodociągów i kanalizacji podjęli śmiałą decyzję – przełożyć drugą, rezerwową rurę nad powierzchnią mostu.

Zadanie nie było łatwe – w krótkim czasie należało zespawać dziesiątki metrów rurociągu. Pracownicy ryzykowali, bo w każdej chwili most mógł nie wytrzymać. Gazeta wymienia bohaterów tej akcji: spawaczy Kaczana i Koguta, brygadzistę Matiasza i operatora sprzętu Jarczuka.

Nawet gdy wody opadły, na klatkę schodową można było wejść jedynie w kaloszach (fot. Zenowij Sokołowski)

Żywioł udało się uśmierzyć, ale powódź przyniosła olbrzymie straty, które w całym obwodzie obliczono na gigantyczną jak na owe czasy sumę prawie 95 milionów rubli. W samym Iwano-Frankiwsku oprócz Nadbrzeżnej podtopione zostały również ulice Lewickiego i Lenkawskiego, garbarnia, okolice miejskiego jeziora, fabryka wyrobów żelbetowych na lewym brzegu Bystrzycy Nadwórniańskiej i fabryka butów.

Władze operatywnie zareagowały na niebezpieczeństwo. Natychmiast utworzono komisję do walki z powodzią, zmobilizowano wszelki potrzebny sprzęt z fabryk i zakładów miasta, do naprawy zniszczonych mostów wydzielono odpowiednie ilości drewna. Rodzinom, które ucierpiały, wypłacono jednorazową pomoc.

Powódź nauczyła wielu rzeczy. Pierwszy sekretarz partii Stepan Reus wymógł na władzach centralnych przyznanie funduszy na budowę betonowej tamy i nowych mostów – kosztorys opiewał na 30 mln rubli, ale je otrzymał. Prawy brzeg Bystrzycy Sołotwińskiej „ubrano” w kamienny wał. Natomiast lewy brzeg nie został umocniony, gdyż nie było tam jeszcze bloków. Obecnie Pasieczna jest jedną z największych dzielnic miasta i nowe bloki od wody oddziela wał ziemny, podejrzanie przypominający starą tamę. Mamy dwa wyjścia: wydać masę pieniędzy i na trwałe odgrodzić się od rzeki, lub… czekać na następną powódź.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 15-16 (331-332), 30 sierpnia – 16 września 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.