Prosiłam wszystkich świętych, żeby nikogo nie zabrali, nikogo nie zabili, żeby wszyscy zostali żywi

-a A+

Wspomnienia Haliny Nesterczuk

Urodziłam się w chutorze Hołubyn w obwodzie żytomierskim. To była wieś, w której większość to byli rdzenni Polacy. Rozmawialiśmy po polsku z Polakami i po ukraińsku z Ukraińcami. Na miejscowym cmentarzu były groby polskie i ukraińskie, pisane cyrylicą. Żyliśmy w zgodzie. Polacy pracowali w polu, trzymali krowy, kury, kaczki, świnie. Zawsze było dużo pracy: sianie, plewienie, kopanie, zbieranie plonów. Ciężka to była praca. Dzieci pomagały w pracach polowych i w obejściu. W pięknej drewnianej kapliczce ksiądz w niedzielę odprawiał nabożeństwa, dopóki nie spłonęła. Chodziłam do ukraińskiej szkoły, ale na początku nic nie rozumiałam, bo w domu był tylko polski. Zresztą, co to była za szkoła. Jeden długi stół bez krzeseł, które trzeba było sobie przynieść z domu, i trzeba było tylko siedzieć cicho. Nic ciekawego. Wiem, co mówię, bo potem przez wiele lat uczyłam matematyki w żytomierskich szkołach i mam porównanie.

Obchodziliśmy święta religijne, jak to na wsi, ale tylko w rodzinie. Były to czasy komunistyczne, w których nawet mówić po polsku nie można było. Wszystko, co było związane z polskością, było wrogie. Polak to wróg – tak mówiono, więc modliliśmy się w domu albo na cmentarzu, bo był otwarty, a do kościoła można było wejść tylko na chwilę. Prosiłam św. Antoniego, św. Józefa, św. Andrzeja, święte Katarzynę, Marię i Annę, żeby nikogo nie zabrali, nikogo nie zabili. Bałam się w szkole mówić o swoim pochodzeniu. Na brata mojego ojca, Leonida, w 1937 roku anonimowy donosiciel napisał, że pomaga księdzu prowadzić msze święte, a on nawet nie umiał pisać ani czytać. Ten donos zmienił los naszej rodziny. Wujek Leonid zapłacił za niego życiem, a Gwidon, najmłodszy brat ojca, zmienił swoją tożsamość we wszystkich dokumentach. Od tamtej pory był Wiktorem. Podobnie postąpiła moja mama Lidia, zmieniając mi imię z Henryki na Halinę. Ratowaliśmy swoje życie, baliśmy się represji. Dopiero teraz możemy wracać do swojej polskości bez strachu.

Wuj Leonid został rozstrzelany, niestety, nie wiadomo gdzie, a Gwidon (Wiktor) zniknął tuż przed wojną, tak, że nie wiem, jaki był jego dalszy los. Mój starszy brat związał się z Żytomierzem, gdzie pracował jako zastępca głównego inżyniera w leśnictwie Żytomierszczyzny. Zmarł w 2008 roku.

Mój tato, Józef Ostrowski, był księgowym. W 1934 roku razem z mamą Lidią i moim starszym bratem Jakubem zostali zesłani do wsi Wilcze w Kazachstanie. Ja zostałam z babcią Rafaliną i dziadkiem Dominikiem na wsi. Kiedy zabrali mi rodziców i brata, miałam dwa lata. Rodzice uciekli stamtąd w 1935 roku, mama z bratem wrócili do domu, a tata pojechał do Majkopu w Abchazji. Stamtąd pisał listy do rodziny. Kiedy okazało się, że jest chory na sarkomę (mięsak, nowotwór złośliwy), rozpoczął powrót do domu. Zdążył dotrzeć do wsi Wilszanka koło miasteczka Łubnie i tam jest jego grób.

Zawsze wiedziałam, że jestem Polką, a Polska to moja Ojczyna. Bez języka polskiego nie mogłabym żyć. To dla mnie świętość.

Jan Kopetczuk: po moim prapradziadku zachowały się listy, które pisał do rodziny w 1935 roku. Czytamy je głośno w każde święta. Tato mówi, że to są nasze najcenniejsze pamiątki w języku polskim. Kiedy dorosnę, będę czytał te listy swoim dzieciom.

Jan Kopetczuk
Tekst ukazał się w nr 21 (337), 15–28 listopada 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.