O Polsce się mówiło, za Polskę się modliło i o Polskę się martwiło

-a A+

Wspomnienia Ewy Bielec

Mieszkańcy Borysławia mają jeden kłopot i jedną pociechę: olbrzymie pokłady ropy naftowej. Zajmują się nią od ponad stu lat. Urodziłam się w 1929 roku w Borysławiu w rodzinie nauczycielki i kierownika kopalni. Cztery lata później na świat przyszedł mój brat Stanisław. Mamy często nie było w domu, bo dużo pracowała. Tato zabierał mnie ze sobą do pracy na szyby. Już od wczesnych lat wiedziałam wszystko o wydobyciu ropy naftowej. Obserwacja pracy ojca, widok miasta za dnia i oświetlonych wież nocą były dla mnie jak magia, za którą bardzo tęsknię. Życie zmusiło mnie do opuszczenia rodzinnego miasta. Od dawna jestem warszawianką. Borysław tylko mi się śni. Często śpiewam sobie „Borysławskie tango”, bo ono przypomina mi dzieciństwo.

Joj wspomni Juśku/ Miasto nasze ukochane/ Żal odnawia stare rany/ Gdy zabrzmią słowa te./ Borysławskie to tango/ Spod karpackich tych szczytów/ Piękne tango niedawno/ Nie dawało mi spać./ A na fajrancie/ Meszty same ci chodziły/ Z portek klucze wyłaziły/ Gdy grali tango te./ Borysławskie to tango…

W czasie wojny katolickie kościoły zostały zniszczone i pełniły funkcje sklepów. Tak było na przykład z kościołem św. Barbary, dziś to cerkiew św. Anny, w której znajdują się relikwie ponad trzystu świętych.

W Borysławiu zawsze było dużo Polaków, rozmawialiśmy po polsku i w domu, i na ulicy, chociaż mama uczyła też ukraińskiego. Jak to w nauczycielskim domu, było dużo książek, mama też uczyła nas czytać i pisać po polsku. Podczas wojny chodziłam do polskiej szkoły. Gdy zrobiło się niebezpiecznie, rodzice odesłali mnie do Osieka, gdzie mieszkała siostra ojca. Dla mnie był to czas ogromnej tęsknoty za domem rodzinnym. W odnalezionym po latach liście proszę rodziców, żeby zabrali mnie z powrotem do domu. Spełnili moją prośbę i szóstą klasę ukończyłam już w Borysławiu. Jako czternastolatka musiałam wybrać czy chcę kontynuować naukę w niemieckiej szkole, czy wyjechać na roboty do Niemiec. W ten sposób w 1943 roku rozpoczęłam naukę w Handwerkschule.

Rodzice bardzo dbali o to, żebyśmy wiedzieli, kim jesteśmy. Uczyli jak pielęgnować to, co odziedziczyliśmy po przodkach – naszą polskość. O Polsce się mówiło, za Polskę się modliło i o Polskę się martwiło. Najważniejszym świętem narodowym było Święto Niepodległości. Na Boże Narodzenie mama przygotowywała 12 potraw, dzieliliśmy się chlebem, śpiewaliśmy kolędy, ale ważne było to, żeby nikt się o tym nie dowiedział.

W czasie wojny wszystkie nasze pamiątki rodzinne zaginęły. Obrączki ślubne rodziców, które dostali od babci, trzeba było oddać, żeby uratować życie. Jedyne, co mi pozostało, to metryka chrztu i świadectwo zawarcia ślubu. Moja rodzina uciekła do Polski, dlatego nikt nie był prześladowany, ale tam też nie było łatwo.

Borysław – Horodyszcze – moje dzieciństwo, mój piękny sen.

Weronika Kuśnierz
Tekst ukazał się w nr 2 (34), 31 stycznia – 13 lutego 2019

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach zadania publicznego dotyczącego pomocy Polonii i Polakom za granicą

 

Projekt „Polska Platforma Medialna Ukraina” realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja

 

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.