Czedekowski Bolesław Jan (1885–1969)

-a A+

Bolesław Jan Czedekowski przyszedł na świat w rodzinie nauczycielskiej, 22 lutego 1885 roku w miasteczku Wojniłów w województwie stanisławowskim. Był najmłodszy spośród dzieci Ignacego i Aloizy Czedekowskich.

W 1891 rodzina Czedekowskich zmieniła miejsce zamieszkania osiadając w Bołszowcach niedaleko Halicza w województwie stanisławowskim, gdzie pan Ignacy został mianowany dyrektorem szkoły, a później burmistrzem. W Bołszowcach Bolesław ukończył szkolę ludową, otrzymując notę celującą z rysunków, obok innych ocen znacznie słabszych. Od najmłodszych lat interesował się głównie malowaniem i rysowaniem, pozostałe przedmioty nauczania szkolnego stanowiły „zło konieczne”.

Do szkoły średniej uczęszczał – podobnie jak starszy brat – w Stanisławowie, jednym z większych i piękniejszych miast ówczesnej Galicji. Tutaj zaprzyjaźnił się z Leonem Martinezem, kolegą szkolnym – przyjaźń ta trwała wiele lat. W szkole stanisławowskiej otrzymał w prezencie od zaprzyjaźnionego dyrektora pierwszą w życiu kasetę z farbami olejnymi. Odtąd, porzuciwszy akwarele i kredki, zaczął malować wyłącznie tą techniką, pozostając jej wierny do końca życia. Zdecydował także, że zostanie artystą malarzem, pomimo sprzeciwu ojca, który doradzał profesję rodzinną – nauczycielską.

Duży wpływ na rozwój zainteresowań malarskich najmłodszego z Czedekowskich wywarły wakacyjne pobyty w leśniczówce, pięknie usytuowanej w pobliżu maleńkiej wioski Sałatruk, wśród borów karpackich, gdzie mieszkała jego znacznie starsza siostra Wanda z mężem Edmundem Fierichem. Leśniczy interesował się sztuką i był malarzem amatorem. Chętnie też o tym rozmawiał i pokazywał Bolesławowi albumy z reprodukcjami dzieł sławnych mistrzów. Zabierał go ze sobą na obchód lasów; razem podziwiali malownicze uroczyska, rozległe polany czy dalekie krajobrazy. W czasie jednego z takich wakacyjnych pobytów w leśniczówce powstał pierwszy olejny obraz czternastoletniego Bolka...

W roku 1903 uzyskał maturę i postanowił zapisać się na Akademię Sztuk Pięknych w Wiedniu. Popierała go matka, która zawsze otaczała najmłodszego syna szczególną opieką i wykazywała zrozumienie dla jego artystycznego powołania. Poparcia udzielili także Fierichowie, przy czym szwagier (nazywany przez Bolesława wujkiem z powodu dużej różnicy wieku) zapewnił mu mieszkanie w Wiedniu u swoich znajomych na okres pierwszych tygodni, jak również protekcję arcyksięcia Ottona Habsburga w przyjęciu na Akademię, o które było trudno, zwłaszcza przybyszowi z prowincji, nie mającemu za sobą odpowiednich kursów przygotowawczych. W tej sytuacji pan Ignacy Czedekowski wyraził, choć niechętnie, swoją zgodę.

Po czym Jan Bolesław wyjechał do Wiednia i już od pierwszego roku zwrócił na siebie uwagę profesorów. Jako student trzeciego roku Akademii został oficjalnie ogłoszony prymusem uczelni, na czwartym roku uzyskał wysoko cenioną nagrodę Königswartera (wraz z dotacją pieniężną) za opracowanie aktu męskiego. Warunki egzystencji miał bardzo skromne do czasu, kiedy mógł już zarabiać, po uzyskaniu dyplomu w roku 1907.

Przed podjęciem nowych zajęć w zakresie studiów mistrzowskich, zaraz po otrzymaniu dyplomu, wyjechał z Wiednia, aby spędzić wakacje w ojczystych stronach, wśród najbliższych. Tam namalował pierwszy po uzyskaniu dyplomu obraz, przeznaczając go dla matki.

Po powrocie do Wiednia kształcił się nadal; jego mistrzem był Polak, profesor Pochwalski. Po ukończeniu w roku 1911 „szkoły mistrzowskiej” Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu Czedekowski wynajął atelier przy ul. Magdaleny nr 1 i podjął niezależną działalność malarską. Stopniowo zyskiwał rozgłos, poszerzyły się też jego kontakty towarzyskie.

W dniu 20 maja 1913 roku Bolesław Jan Czedekowski poślubił piękną wiedenkę z zamożnej rodziny, Eugenię Nell.

W czasach I wojny światowej został powołany do wojska. Po zakończeniu I wojny światowej, w pierwszych dniach stycznia 1920 roku artysta wraz z żoną i sześcioletnią córeczką Heleną opuszcza Europę i udaje się do Stanów Zjednoczonych. Poszukiwał możliwości pracy twórczej i zarobku, o co było trudno w zniszczonej wojną Europie. Zamieszkał w nowojorskim Domu Artystów, gdzie miał okazję nawiązać wiele interesujących znajomości, między innymi z Sergiuszem Prokofiewem i Wojciechem Kossakiem. Powoli wypracował dla siebie uznanie. W Stanach Zjednoczonych namalował dużo portretów, m.in.: księcia Kazimierza Lubomirskiego – ambasadora odrodzonej Polski w Stanach Zjednoczonych, Sergiusza Prokofiewa – wybitnego inżyniera amerykańskiego, Ralpha Modjeskiego – konstruktora mostów, syna wielkiej polskiej aktorki Heleny Modrzejewskiej, która po sukcesach w Europie i Anglii osiadła w Stanach Zjednoczonych, i innych wybitnych osobowości.

W roku 1922 powrócił wraz z rodziną do Europy. Żona i córka zostały w Austrii, gdzie mieszkała matka Heleny, natomiast Czedekowski wyruszył do Polski.

Rodzinny dom w Bołszowcach już nie istniał, zniszczony w czasie działań wojennych. Starsi państwo Czedekowscy przenieśli się w pobliże Krakowa, a później do Wielkopolski. Bolesław był szczęśliwy wśród swoich i postanowił powracać tutaj co rok – na miesiąc. Z Polski wyjechał do Austrii, gdzie mieszkał do maja 1923 roku. Po odbyciu w maju 1923 roku wystawy malarstwa Czedekowscy przenieśli się do Paryża i zamieszkali przy Avenue de Breteuil nr 63, gdzie artysta wynajął atelier. Był autorem wielu obrazów, aktów kobiecych i portretów, które bardzo się podobały publiczności, otrzymał na wystawach wiele nagród. Jego obrazy znajdują się w największych galeriach i muzeach świata.

Bolesław Jan Czedekowski zmarł 8 lipca 1969 roku w Wiedniu i spoczywa w kaplicy rodowej rodziny pierwszej żony na cmentarzu w Lofer.

W Polsce w Muzeum Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim Oddział Muzeum Narodowego w Gdańsku 27.05 – 31.10 2018 roku odbyła się wystawa „Czedekowski – portrecista wiedeński”.

Największą w Polsce kolekcję dzieł Bolesława Jana Czedekowskiego posiada muzeum na Zamku w Łańcucie. Jest to dar wdowy po malarzu Herthy Czedekowskiej, przekazany w 2001 roku.

Dalekie, nigdy nie zapomniane lata
„Oczywiście, nadamy mu imię jednego z naszych bohaterów narodowych”. Słowa te wypowiedziała pani Aloiza do małżonka pochylonego nad kolebką niedawno urodzonego synka. Wiedząc, że nadawanie dziatwie imion narodowych jest dla pana Ignacego niejako sprawdzianem patriotyzmu, sama zachęcała go, ilekroć nowe dziecię zakwiliło w ich kołysce, do tego rodzaju manifestacji na rzecz polskości.

Maleńki przybysz był szóstym z kolei dzieckiem, i między nim a najstarszą córką państwa Czedekowskich było aż osiemnaście lat różnicy. Nie wszystkie dzieci żyły, dwóch malców już dawno temu „poszło figlować z aniołkami na niebieskie komnaty”, jak wtedy mawiano. Istotnie, każda rodzina owej „belle epoque” składała kostusze daninę.

Pan małżonek przystąpił do wertowania pocztu królów polskich.

– Gdybyśmy tak, miła Aloizko, nadali mu za patrona Chrobrego? – zaproponował. – Czytałem, że Dąbrówka piastując synka śpiewała mu kołysankę, życząc mu bolej sławy – więcej sławy – i stąd powstało to imię.

– Dobry horoskop dla malca – zgodziła się żona, w duchu sobie tylko dopowiadając, że przepowiednia ta coś słabo pasuje do latorośli nauczyciela ludowego z c.k. monarchii.

We wschodniej połaci Galicji nie istniał ani wielki przemysł, ani handel i małych Czedekowskich czekało jedynie pójście w ślady rodzica.

Proboszcz pochwalił wybór imienia i tylko ze względu na brak takiego świętego zaproponował jako pierwsze imię Jan. Tak tedy szóste dziecko Ignacego i Aloizy Czedekowskich na chrzcie otrzymało dwa imiona: Jan Bolesław – ale rodzina i przyjaciele zwali go tylko i wyłącznie Bolkiem.

Pani Aloiza miała zwyczaj opowiadać, że po urodzeniu Bolka – a zjawił się on na świecie dnia 22 lutego 1885 roku – przez chmury przedarł się promień słoneczny i oświetlił głowinę maleństwa. Jedna z sióstr, Wandzia, dumna z braciszka, powtarzała wszędzie historię z promykiem słonecznym. Uraczyła też tą powiastką swoje koleżanki szkolne, zaproszone specjalnie na adorację braciszka. I wtedy właśnie spotkała ją przykrość: koleżanki Wandzine zgodnie okrzyknęły malutkiego Czedekowskiego rudzielcem. Niestety, dla bezstronnych osób chłopiec istotnie był rudy, a zatem Wandzia ubiegając głosom krytyki, podobno przed każdą wizytą zawiązywała główkę chłopczyny chusteczką.

Czas płynął wolno, sennie, jak to zwykle bywało w małych galicyjskich miasteczkach, lecz złocisty czy też tylko rudy chłopczyk rósł nabierając sił do życia. Wkrótce okazało się, że najchętniej ową siłą witalną wykazywał się w głośnych płaczach. Bo też Bolka podczas nieobecności matki ogarniał paniczny strach, że świat się zaraz zawali. Tyranizowana przez malca pani Aloiza znalazła jednak podobno sposób na poskromienie tych lęków. Wychodząc z domu dawała małemu do oglądania kalendarze z kolorowymi obrazkami. A gdy doszedł do lat trzech, także papier i kredki. Wówczas bojaźliwe dziecko cichło, siedziało spokojnie w łóżeczku kolorując obrazki. Próbowała go też sadzać na pledzie w ogródku, jednak wtedy ryczał wniebogłosy. Tutaj na powietrzu czyhało na malucha moc innych niebezpieczeństw, z których najgroźniejszym okazywał się kogut.

Drugą po rodzicielce ostoją była dlań siostra Wandzia, która odpędzała koguta. Nieszczęściem dla Bolka w piętnastym roku życia młodsza panna Czedekowska zakochała się i zaręczyła. Odtąd szykowała wyprawę i mniej uwagi poświęcała swemu najmłodszemu braciszkowi.

Wandzia była wyręką matczyną, a teraz „wyręka” opuszczała rodzicielskie ognisko domowe bez... etykiety starej panny! Takie to były czasy, że los osiemnastoletniej Jadwigi, siostry Wandzi, płoszył matce sen z powiek bo pannica dała się zapędzić w lata bez zaręczynowego pierścionka. Natomiast Wandzia, ku dumie pani Aloizy, zaręczyła się i wychodziła za mąż w przepisowym terminie. Szesnaście lat! W sam raz pora na miody i... octy małżeńskie.

Było jednak pewne „ale”, które nie pozwoliło mamie Czedekowskiej w pełni radować się konkietą córki. Otóż Wandzia wyłamała się z kręgu nauczycielskiego, bo jej wybrańcem był leśniczy w służbie Jego Cesarsko-Królewskiej Mości i niestety reprezentant władzy austriackiej również w zakresie narodowości. Trudno, taki właśnie konkurent się znalazł i basta. Gdyby kto wtedy zapytał sześcioletniego Bolka, czy przyszły szwagier znajduje u niego uznanie, opowiedziałby się za Edmundem Fierichem z całym entuzjazmem. Oto Edmund Fierich w wolnych chwilach uprawiał malarstwo i pierwszym prezentem, którym wkupił się w łaskę malutkiego szwagra, było pudełko z farbami wodnymi. Później okazało się, że leśnik o artystycznych upodobaniach zaważył decydująco na losie Bolka.

Tak się cieszył malec na uroczystość weselną, a tymczasem spotkało go rozczarowanie: dzień wesela był ponury i Bolka ogarnęła senność.

– Tadziku, zbudź mnie, gdy tylko państwo młodzi przyjdą z kościoła – prosił brata.

Starszy brat obiecał solennie. Więc Bolko podobno zdrzemnął się w kącie sieni... i przespał wesele. Obudził się dopiero, gdy ostatni gość zabierał palto. Rozpacz malucha zrozumiała jednak szesnastoletnia panna młoda i obiecała zabrać z sobą braciszka do leśniczówki. Niebawem obietnicę spełniła.[...]

W Sałabruku, wiosce karpackiej, po raz pierwszy poznał piękno otaczającej go przyrody.

Ściskając dla pewności rękę Wandzi, leśniczyna spacerował z nią ścieżyną aż do wiejskiej drewnianej cerkiewki i w głąb lasu. Wieczorami wspólnie słuchali huculskich pieśni i patrzyli, jak ginie słońce za szczytami gór. Zawsze w niedzielę Bolko dostępował zaszczytu podawania Edmundowi pędzli, gdyż leśniczy odpoczywał przy sztalugach. Oczywiście, słyszał zawsze pochwałę z ust szwagra, że „dobra klopaka z Bolka”.

Gdy nadeszło rozstanie, wujcio Edmund raz na zawsze zaprosił najmłodszego Czedekowskiego na wszystkie wakacje do leśniczówki.

W domu czekała na Bolka przeprowadzka. Był rok 1891 i papę Czedekowskiego po dwudziestu latach nauczania spotkał awans. Jedyny zresztą, jakiego mógł oczekiwać w księstwie Galicji i Lodomerii. Oto został mianowany dyrektorem szkoły ludowej w większym miasteczku, w Bołszowcach. Mały światek zaczął nisko kłaniać się panu dyrektorowi. Pan Czedekowski osiągnął szczyt kariery! Państwo Czedekowscy nie wierzyli własnemu szczęściu, bo czteropokojowe mieszkanie służbowe przy szkole, a pensja dyrektorska była wyższa od nauczycielskiej. Ten ostatni punkt nie był do pogardzenia, zwłaszcza że państwo Czedekowscy wciąż spłacali długi zaciągnięte na wyprawę i wesele Wandzi.

Co do Bolka, ten uznał obecnie swego rodzica za najszczęśliwszego człowieka na ziemi. Rzecz w tym, że w kancelarii szkolnej na ścianie wisiała reprodukcja obrazu Piotra Pawła Rubensa „Polowanie”. Dlatego malec lubił przebywać w tym pomieszczeniu milcząc i wpatrując się w ową barwną reprodukcję. Wreszcie odważył się. Przyniósł karton, wycyganiony od Tadeuszka, farby od wujka leśniczego i w skupieniu zabrał się do dzieła. Efekt nie był olśniewający. Cóż, mały malarz liczył ledwie sześć i pół lat, ale pan Czedekowski postanowił pokazać tę próbę nauczycielowi rysunków.

Uświadomiony, że twórca to ten bojaźliwy i często zapłakany Bolko, nauczyciel pokiwał głową: Kto wie, co też z niego wyrośnie, kto wie...

Hanna Muszyńska-Hoffamanow, Alicja Okońska, Na mil sześć tysięcy: O malarstwie Bolesława Czedekowskiego, Łódź, 1978.

Olga Ciwkacz
Tekst ukazał się w nr 9 (325) 17-30 maja 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.