Pieniądze terroru

-a A+

Wiele książek opisuje, jak działały niemieckie obozy koncentracyjne. Są to zarówno prace historyków, jak i byłych ich więźniów, którzy zdołali przeżyć gehennę bycia zakładnikiem SS i sięgali do swej pamięci, by opisać obozowe przeżycia. Jest jednak pewna dziedzina, która nie znalazła szerszego odbicia w tej obozowej literaturze. Oto bowiem w kilkunastu kacetach były w obiegu pieniądze obozowe, które emitowały ich władze, czyli SS.


Na ten temat tylko sporadycznie pojawiały się tu i ówdzie wzmianki, a także fragmentarycznie ujęte katalogi, książki nieobejmujące wszystkich aspektów tego zagadnienia. Wydaje się, że całościowo ujął go dopiero znany niemiecki numizmatyk Hans-Ludwig Grabowski (*1961). Wpierw, po długich poszukiwaniach, przy współpracy wybitnego kolekcjonera tych pieniędzy, Wolfganga Haneya z Berlina, który udostępnił mu większość materiału ilustracyjnego (częściowo dostarczyli je także byli więźniowie), opracował katalog obozowych pieniędzy, a potem uzupełnił go historią powstania i funkcjonowania 17 obozów koncentracyjnych, w których więźniowie mogli się posługiwać pieniędzmi (nazywano je różnie: bonami, kuponami, talonami, kwitami lub po prostu pieniądzem obozowym). Do tego dodał jeszcze obszerny rozdział o pieniądzu i pieniądzu zastępczym w gettach w latach 1933-1945 (Bielsk Podlaski, Budapeszt, Litzmannstadt, Sokółka, Theresienstadt i Warszawa), a także o dość licznych fałszerstwach obozowych środków płatniczych wytwarzanych na szkodę kolekcjonerów. Zamyka książkę obszerny wykaz wykorzystanej przez autora literatury. W sumie jest to liczące ponad 450 stron dzieło (w pełni zasługujące na tę nazwę), bogato ilustrowane, znakomite kompendium wiedzy i obozach i o używanych w nich pieniądzach. Autor zatytułował je „Das Geld des Terrors” („Pieniądze terroru”), a wydawca, Battenberg Verlag w Regenstauf w Bawarii (adres: www.battenberg.de) zadbał o jego wysokiej klasy edytorską szatę. Zajrzyjmy zatem na stronice pracy Grabowskiego. Obozy (czasem także ich podobozy), które zostały w książce szczegółowo opisane to: Auschwitz, Bozen (we Włoszech), Buchenwald, Dachau, Flossenburg, Groß-Rosen, Herzogenbusch, Lichtenburg, Mauthausen, Mittelbau (Dora), Netzweiler, Neuengamme, Oranienburg, Ravensbrück, Sachsenhausen, Stutthof i Westerbork (Holandia).


Po raz pierwszy obozowe pieniądze zostały wprowadzone w KZ Oranienburg (otwarto go 21 marca 1933 r.) przez zarządzającą nim wówczas SA już w lipcu 1933 r. Ze wszystkich wydanych później w innych obozach, te były wizualnie najbardziej udane, co nie dziwi, bo ich projekty wykonał obozowy więzień – artysta grafik Willi H. Lippert. Procedura wydawania pieniędzy była następująca: wszystkim więźniom nakazano, jeżeli jeszcze zachowali przy sobie jakiekolwiek marki, ich oddanie, a w zamian, po potrąceniu 30 procent, wypłacano im „banknoty” obozowe. Jeśli otrzymali z zewnątrz marki, także trzymano się tej reguły (później już takich nigdzie nie przestrzegano). Ważność wydawanych więźniom pieniędzy była ograniczona do dwóch tygodni. Ich nakład był jednorazowy i niewielki (nie wiadomo, jaki), bo po 15 miesiącach obóz zamknięto (w końcu lipca 1934 r.). Dlaczego w ogóle uznano za celowe emisję obozowych pieniędzy? Bo w ten sposób pozyskiwano środki na utrzymanie obozu, a zarazem zmniejszano możliwość ucieczki, gdyż bez ważnych zewnątrz pieniędzy była ona bardziej utrudniona. Ten ostatni czynnik był potem uznawany za najważniejszy w później otwieranych obozach.

 

KZ Dachau nie był pierwszym obozem w Niemczech, ale jedynym z tych pierwszych, który funkcjonował aż do końca wojny. Od razu bowiem przewidziano, że nie będzie on tymczasową placówką systemu terroru, prowizoryczną, lecz trwale osadzoną w sieci obozów koncentracyjnych, wręcz modelową, bo przyjęto, że wypracowane w nim metody traktowania więźniów będą przenoszone do nowo tworzonych. I tak też było: przygotowani tu do wykonywania swego fachu esesowcy byli potem rozsyłani do nowo tworzonych obozów. W Dachau lokalny pieniądz – bony premiowe – pojawił się późno, bo dopiero w maju 1943 r. Odtąd w żadnym obozie nie wyglądał on jednak tak, jak ten z Oranienburga. Były to na ogół zwykłe karteluszki opatrzone stemplem, czasem także numerem więźnia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Podobnie było w zasadzie w innych obozach, gdyż gdy odwróciła się karta, gdy Niemcy zamiast sukcesów na

frontach coraz częściej ponosili na nich porażki, a zakładom zbrojeniowym zaczęło brakować zastępstwa dla zaciąganych do wojska pracowników, ich dyrekcje w coraz większym zakresie domagały się kierowania do nich do pracy więźniów obozów koncentracyjnych. Aby ich zmotywować do większego wysiłku, obozy (również niektóre fabryki) zaczęły wprowadzać owe bony, kwity, talony, przyznawane jednak tylko tym, którzy mocno przykładali się do pracy, wytężali siły by zadowolić nadzorców. Były dobrem bardzo pożądanym, bo posiadanie ich pozwalało choć w niewielkim wymiarze dostarczyć wycieńczonemu organizmowi dodatkowej strawy, zakupionej w obozowej kantynie. W niektórych można było nabyć coś do jedzenia dobrej jakości, w wielu jednak oferowano podłą żywność, nadpsutą, a przy tym po cenach celowo zawyżanych, wyższych od rynkowych. Można także było kupić papierosy, gdzieniegdzie nawet igły i nici. SS liczyło także na zantagonizowanie więźniów: z wielu wyciśnięto już wszystkie siły i nie mogli liczyć na jakiekolwiek bony, więc nie odnosili się zbyt przyjaźnie do tych, którzy mogli jeszcze, raczej tylko chwilowo, korzystać z usług kantyn. Ale obozowe pieniądze otrzymywali nie tylko więźniowie-robotnicy, lecz także jako nagrodę – donosiciele oraz kapo, wybrani przez SS spośród więźniów na stanowiska dozorców kryminaliści i sadyści. Im lepiej się w swych rolach spisywali, tym większe mieli szanse na gratyfikacje ze strony kierownictwa obozu.

 

W niektórych obozach (dziesięciu, m.in. w Mauthausen, Auschwitz), wykonując wydany w 1941 r. rozkaz szefa SS, Heinricha Himmlera, urządzono dla więźniów domy publiczne. Talony upoważniające do wstępu do specjalnych baraków, w których je urządzono, wydawano więźniom szczególnie ważnym w pracy w przemyśle zbrojeniowym, wykazującym się pilnością i dobrym prowadzeniem się, mającym aryjskie pochodzenie. Pierwsze burdele powstały w połowie 1942 r., niektóre jeszcze w ostatnich latach rządów nazistów, w KZ Neuengamme, na przykład, dopiero w 1944 r., a w Mittelbau (Dora) – kilka miesięcy przed końcem wojny. Nie wystarczało jednak mieć talon na dwie marki by dostać się do przybytku, trzeba było wpierw złożyć podanie. Ogółem w obozowych domach publicznych przebywało ponad 200 kobiet, w dużej części były to więźniarki z obozu Ravensbrück. Codziennie musiały świadczyć usługi dwie godziny, po piętnaście minut na klienta. Z dwóch marek SS zatrzymywano markę i 50 fenigów, pięć fenigów otrzymywała nadzorczyni burdelu, a pozostałe 45 fenigów powinny dostawać zmuszone do świadczenia usług seksualnych kobiety, którym miano je wypłacić przy zwolnieniu. Co nigdy nie miało nastąpić. Po kilku miesiącach wymieniano obsadę specjalnych baraków. Pozostaje nam jeszcze omówić pieniądz kursujący w gettach, ale po ten temat sięgniemy w przyszłości.


Tadeusz Kurlus
Tekst ukazał się w nr 6 (178) 26 marca – 15 kwietnia 2013

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.