Zapomniane. Odzyskane

-a A+

Polska pamięć pokoleń

Trzymają Państwo w rękach wydawnictwo wyjątkowe. Wyjątkowe, ponieważ pozwala zatrzymać czas. Przenieść się do świata już minionego i wydobyć go z zapomnienia. Przywołać dawne zdarzenia, przeżycia, tragedie i radości, będące udziałem polskich mieszkańców ziem, które w wyniku dziejowych zawieruch znalazły się poza granicami Polski. Wydawnictwo to pozwala ocalić dla obecnych i przyszłych pokoleń ich historie rodzinne, obrazki z życia codziennego, wygląd miejsc. Zebrane w całość tworzą obraz kresowej Polski i Polaków, którzy mimo przeciwności i rozmaitych szykan ze strony władz sowieckich próbowali zachować swoją odrębność narodową, kultywować polskie święta, polską kulturę, tradycje i obyczaje.

Co ważne, wspomnienia te zostały zebrane przez przedstawicieli najmłodszego pokolenia − wnuków czy prawnuków ich autorów, którzy dzięki odkrywaniu przeszłości własnych rodzin dowiedzieli się czegoś więcej o swoich korzeniach. Ma to niebagatelne znaczenie dla wzmocnienia ich poczucia tożsamości narodowej i świadomości otrzymania w spadku po przodkach dziedzictwa kulturowego, dla zainteresowania ich − młodych Polaków, dzisiejszych mieszkańców Ukrainy − polską przeszłością Kresów, a także zbudowania w nich dumy z bycia Polakami.

Wydawnictwo to nigdy by nie powstało, gdyby nie projekt Fundacji Wolność i Demokracja „Niepodległość i Pamięć”, zrealizowany w roku 2018 – roku obchodów 100. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Był on adresowany do młodych osób pochodzenia polskiego, które miały za zadanie przeprowadzić wywiad z najstarszym członkiem rodziny i na podstawie uzyskanych informacji spisać te wspomnienia. Wiele jest w tych relacjach zdarzeń radosnych, wiele smutnych, są opowieści o zsyłkach do Kazachstanu czy na Syberię, o represjach. Przeprowadzającym wywiady udało się wydobyć na światło dzienne unikalne przekazy, które mają wartość nie tylko wspomnieniową, ale i historyczną.

Do projektu zostało zaproszonych 800 uczniów polskich szkół sobotnio-niedzielnych, którzy nie ukończyli 25 roku życia, zamieszkałych na zachodniej i centralnej Ukrainie. Niniejsze wydawnictwo pokazuje zaledwie małą cząstkę ich pracy, ale jakże reprezentatywną. Zamieszczone dokumenty i zdjęcia pochodzą z archiwów rodzinnych.

Lilia Luboniewicz

Wiktoria Basista
Wspomnienia Oleny Polikowskiej

Mąż uczył mnie, że w Susłach trzeba witać się słowami „Niech będzie pochwalony”. Nie będę opowiadać o sobie, tylko o moim zmarłym już mężu Piotrze Polikowskim.

Matka Rozalia Mążyjewska pracowała w kołchozie, prowadziła dom i wychowywała dzieci. Była niepiśmienna, ale znała na pamięć modlitwy, czytała te modlitwy z modlitewnika, który nazywała „książeczką”. Mnie nauczyła modlitwy do św. Bernarda. Zawsze, kiedy przyjeżdżałam z mężem do Suseł, mąż uczył mnie, że nie należy mówić „dzień dobry”, ale „Niech będzie pochwalony”. Bardzo mi się to podobało. Na Wielkanoc natomiast wszyscy witali się słowami: „Chrystus Pan zmartwychwstał” i odpowiadali „Prawdziwie zmartwychwstał”.

Ojciec mojego męża Józef był bardzo wysokim mężczyzną. W czasie II wojny światowej przez to, że był Polakiem, został zmobilizowany późno, dopiero w 1944 roku. Rozalia w tym czasie oczekiwała czwartego dziecka. Urodził się chłopiec. Józef przyjechał specjalnie do wsi, żeby wybrać synowi imię. Nazwano go Piotrem. Dwa tygodnie później Józef, który ze względu na słuszny wzrost nie mieścił się w okopie, został ranny. Rana była śmiertelna. Było to we wsi Brody, miesiąc po mobilizacji. Jego imię i nazwisko widnieje na kamiennej płycie wraz z nazwiskami poległych w bitwie pod Brodami w 1944 roku – tak mówił mi mąż, który był na grobie swojego ojca.

Mój mąż zmarł w dniu ślubu naszej młodszej córki Natalii w 2002 roku.


Andrzej Basiuk
Wspomnienia Nadziei Susznickiej

Moi dziadkowie wykreowali w mojej wyobraźni Polskę jako kraj wspaniały, z ludźmi o wysokiej kulturze osobistej, uczciwymi, pracowitymi, dbającymi o czystość, wierzącymi w Boga i pomagającymi bliźniemu.

Módl się i pracuj, a wszystko zwyciężysz – to były słowa, które wyznaczały kierunek w czasach normalności i dodawały otuchy w najtrudniejszych momentach życia mojej rodziny. A tych momentów było niemało, bo los i historia bardzo mocno moją rodzinę doświadczyły. Moi przodkowie przyjechali do Krzywego Jeziora w okolice Odessy z Warszawy i dzięki ciężkiej pracy na roli i bogobojności dorobili się majątku. Mieli szlacheckie pochodzenie.

Jednak rewolucja i późniejsze rządy Sowietów odebrały im wszystko. Pradziadek Sośnicki w 1931 został rozstrzelany przez bolszewików, a jego syn, mój dziadek Eugeniusz, zesłany na Syberię. Majątek odebrano. Eugeniuszowi udało się uciec stamtąd i przez kilka lat, pracując jako tragarz na dworcu w Taszkiencie, przesyłał rodzinie w Krzywym Jeziorze pieniądze i jedzenie. Te jednak nie dochodziły do głodnej i spracowanej żony z dwójką dzieci. Gdy po 10 latach powrócił do rodziny, nie zastał już młodszego syna Anatola, który zmarł z głodu. Bardzo trudne było to spotkanie, bowiem okazało się, że żona Anna powtórnie wyszła za mąż, wcześniej bowiem otrzymała informację o rzekomej śmierci Eugeniusza. I jak opowiadała potem babcia Anna swoim wnukom, popłakali z Eugeniuszem nad swoim losem i rozstali się na zawsze. Trwała II wojna światowa, Eugeniusz trafił na front, a jego dzieci z drugiego małżeństwa zaginęły w wojennej zawierusze. Po powrocie wziął na wychowanie sierotę Aleksandra, któremu dał swoje nazwisko Susznicki. Do końca życia mieszkał w Kijowie i marzył o powrocie do Polski. Tę miłość do Polski zaszczepił swojej córce Lubowi, która dołączyła do ojca podczas studiów, a potem i mnie, swojej wnuczce.

Historia mojej rodziny to nie tylko rozstrzeliwania, represje, wywózki, utrata majątku, to także Wielki Głód na Ukrainie, który pochłonął miliony ofiar. 11-letni wówczas ojciec wyszukiwał ziaren w mysich norkach, żeby potem gotować z nich kleik. W czasie wojny został wcielony do karnej kompanii, w której walczył przeciwko Niemcom. Pod Jassami został ciężko ranny i stracił wzrok (po kilku dniach go odzyskał). Przez trzy dni leżał w rowie, a obok jeździły niemieckie czołgi. Zauważył go i uratował rodak, któremu był wdzięczny za życie do samego końca. Po wojnie był bardzo dobrym i oddanym swej pracy chirurgiem.

Lista cierpień z rąk władzy sowieckiej jest długa: wujostwo Dolińscy Wiaczesław i Walentyna wywiezieni jako dzieci do Kazachstanu, ich rodzice rozstrzelani, majątek przejęty przez Sowietów; rodzina cioci Marceliny w 1937 roku wsadzona na duży statek w Odessie i razem z innymi zatopiona w Morzu Czarnym. Rozstrzelani mężczyźni, wypędzone z własnych domów kobiety z małymi dziećmi na rękach, wielu zamordowanych sztucznie wywołanym głodem.

Z dorobku rodziny zostało zaledwie kilka zdjęć. Pozostała pamięć pokoleń i zew krwi. Groby bliskich, które są świętym miejscem, nawet te nieodnalezione. Pomimo represji i strachu, wbrew temu, co o Polsce mówiono, przekazywano z ojca na syna pamięć o tym, że jesteśmy Polakami, potajemnie obchodzono święta i szeptano modlitwy. To wszystko jest we mnie, w moich dzieciach. Bo wszyscy moi przodkowie byli wspaniałymi Polakami.

Tekst ukazał się w nr 13 (329) 16-29 lipca 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.