Ulwowiciel kabaretu

-a A+

Codzienność rzadko zajmuje poczesne miejsce w historii, pamięć ludzi i narodów przez całe stulecia napędzają wielkie, często brutalne tryby polityki.

Podobnie sztuka towarzysząca codzienności, czyniąca ją odrobinę lepszą, łatwiejszą do przeżycia, uważana za „niską”, przemija zazwyczaj bezpowrotnie. Trwają słynne dzieła, te naprawdę wielkie i te wielkie tylko na pozór, które łudzą po wsze czasy.

Zdarza się jednak, że jakąś ulotną wartość doceni uważny człowiek. Poświęci swój czas i talent, by utrwalić jej urok, przenieść w czasie ponad pędzącymi wydarzeniami, które tępią naszą wrażliwość na rzeczy małe, a cenne.

Lwów, choć nieźle wziął w skórę od polityki, miał szczęście do poetów i bardów, którzy nie obawiali się hańbić pióra flirtując z lekką muzą. Niektórych czcimy i pamiętamy, inni zagubili się w pamięci, ale ich dawna pracowitość i skrupulatność służą nam do dziś, choć rzadko zdajemy sobie z tego sprawę, i przywołujemy ich z imienia.

Do tej konfraterni dobrych lwowskich duchów należy bez wątpienia Adam Zagórski, któremu w 90. rocznicę śmierci należy się słowo na galicyjskich łamach.

Urodził się w 1883 roku we Lwowie, a więc jego dzieciństwo i młodość przypadły na czas modernistycznego dojrzewania miasta, które, przyjmując symbolicznie, rozpoczęło się wraz z Powszechną Wystawą Krajową z roku 1894. Zaledwie kilka lat młodszy od Leopolda Staffa, był uczestnikiem i beneficjentem tej intelektualnej inkubacji, z której na przełomie stuleci wyłaniały się najwybitniejsze kręgi lwowskiej inteligencji. To ci ludzie pobudzali społeczną i kulturalną energię nie tylko Lwowa, ale całej wolnej Polski, która niebawem miała się odrodzić.

Kształcił się we lwowskich i krakowskich gimnazjach, studiował filozofię we Lwowie i Berlinie, gdzie poznano go jako wnikliwego badacza wielu dziedzin nauki, a także aktywnego uczestnika życia studenckiego i gorliwego konsumenta uciech fin de siecle’u. Po studiach pracował w VII Lwowskim Gimnazjum imienia Tadeusza Kościuszki przy ulicy Sokoła. W końcu rzucił tę pracę i do końca życia zajmował się już tylko publicystyką. Był zarówno świetnym satyrykiem jak wytrawnym krytykiem, wrażliwym tłumaczem i zdolnym scenarzystą. Pisał na scenę, estradę, dla filmu, tworzył własne oryginalne dzieła i znakomicie recenzował współczesną literaturę. Jego teksty można było spotkać niemal we wszystkich pismach popularnych i w najpoważniejszych czasopismach krytycznych. W latach 20. XX wieku, jak wielu innych ludzi kultury, wyjechał do Warszawy, gdzie oprócz pisania kierował teatrami, reżyserował filmy, angażował się w organizację kinematografii. Miał wiele talentów i ogromną wiedzę, rosnący autorytet i wszelkie atuty, by wyraźnie i trwale zapisać się w dziejach polskiego słowa. Jednak w wieku zaledwie 46 lat pokonała go choroba. Zmarł w Warszawie, w sierpniu 1929 roku, a jego dzieło rozproszone i nie uporządkowane ręką autora zasiliło panteon niespełnionych.

Cóż więc czyni Zagórskiego bohaterem lwowskiej legendy? By to pojąć trzeba sięgnąć do ważnych dla niego lat poprzedzających wybuch pierwszej wojny, które były zarazem barwne i gorączkowe, niepokojące i ekscytujące. Cały ferment przełomu wieków niektórym zdawał się pienić jak szampan, inni przeczuwali falę gwałtownych, acz ożywczych zmian, jeszcze inni wieszczyli apokalipsę. Nikt nie był bez racji, a każdy szukał innych sposobów wyrażania zbiorowych emocji. Głos zabierali literaccy katastrofiści, radykalni rewolucjoniści czy polityczni wizjonerzy. Dobre czasy dla kabaretu, który pociągał artystyczną brać w całej Europie. Był nie tylko formą rozrywki, ale swoistym przejawem kontestacji tamtych czasów. Młode elity, czerpiąc – w największym uproszczeniu – z kultury i obyczaju przedmieść, slumsów, ulic, szynków i zamtuzów, dostrzegały świat w jego wielobarwnej postaci, nie wybielając przy tym najbardziej ponurych odcieni. Opuszczano salony w przekonaniu, że toczą się w nich ledwie pozory życia, w otoczeniu udrapowanym i przenikniętym hipokryzją. Oprócz czystej ciekawości, potrzeby kontaktu z czymś nieznanym, często zakazanym, kierowało nimi przeczucie, że jest to forma zdolna uczynić sztukę prawdziwie egalitarną. Czy się te nadzieje spełniły – to już temat do całkiem innych rozważań.

Adam Zagórski miał, by tak rzec, organizm szczególnie podatny na kabaretowe mikroby i zostawił w dziejach lwowskiego obyczaju niezatarte ślady swojej obecności. W szkicu „Mój Lwów” Józef Wittlin, niby to tłumacząc się z własnego zamiłowania do lwowskiej pieśni batiarsko-kryminalnej, pisał: „w pierwszych latach mojego kochanego [XX] wieku – w gimnazjum przy ulicy Sokoła – miałem zaszczyt być uczniem Adama Zagórskiego, największego w Polsce znawcy literatury i muzyki tego gatunku”.

Warto tu przypomnieć, że uczniem tego gimnazjum był również Marian Hemar. Jeśli więc po latach, w Londynie napisze, jak to kiedyś, właśnie przy Sokoła, muza...

...„Ty, Maniek! Stój” – rozkaże
Małemu bękartowi:
„Pisz do śmierci piosenki!
A szczególni o Lwowi!

– bierzmy pod uwagę, że działała także za sprawą uczącego tam wówczas Zagórskiego.

Adam Zagórski był więc postacią na wskroś modernistyczną, arcylwowskim intelektualistą, który potrafił rzetelnie podchodzić do dziedzin podejmowanych zawodowo, nie unosząc się przy tym z dętą i koryfejską miną wysoko nad lwowską ulicą.

Jako syn Albina Zagórskiego, znanego we Lwowie architekta (i powstańca styczniowego), prowadzącego wiele inwestycji w mieście, Adam od dziecka chętnie przebywał w pobliżu podlegających ojcu brygad robotników budowlanych. W ówczesnym, gwałtownie rozbudowującym się Lwowie było to środowisko nadające ton na ulicach miasta, dominujące w śródmiejskich szynkach, gwarne, rozgadane i rozśpiewane. Murarze uchodzili za plebejską elitę, łatwiej znajdowali pracę i zarabiali dużo lepiej niż inni robotnicy, przez co stać ich było na alkohol i rozrywki. To przede wszystkim oni tworzyli lwowski folklor tamtego czasu, mieli własnych idoli – siłaczy, spryciarzy, oryginałów i świrków wszelkiej maści, którzy wiedli swoje legendarne żywoty opiewane w pospolitych plotkach, anegdotach i piosenkach pisanych do znanych melodii przez anonimowych tekściarzy.

Według Stanisława Wasylewskiego Zagórski „buchał humorem” i prezentował pewien szczególny typ „lwowskiej zuchowatości”, a piosenkę batiarską „propagował świetnymi interpretacjami i występami”. Nie dziwi zatem, że jako jeden z pierwszych we Lwowie myślał o stworzeniu kabaretu. Oprócz niego bodaj najaktywniej działał Henryk Zbierzchowski, który jednak, przynajmniej w pierwszych latach, stawiał na „import” wzorów paryskich. Tymczasem Zagórski za „kastalskie źródło” kabaretu uważał lwowski folklor miejski, spontaniczną twórczość przedmieść, organiczny humor batiara, który, jak napisał Wasylewski „śpiewać uczył się od sąsiadów Ukraińców i od grajka wędrownego z Czech, i z małpowania kupletów wiedeńskich, i od siebie samego także”.

Zdaniem Zagórskiego to, co przywożono ze scenek warszawskich wypadało ubogo i konwencjonalnie w żywiołowym Lwowie, który sam w sobie był swoistym kabaretem. Zbierał więc, spisywał i opracowywał wszystko, co wpadło mu w ucho, lub co podsunęli mu kamraci z odwiedzanych, czasem najmroczniejszych i najodleglejszych szynków i mordowni, w których cieszył się autorytetem nieco egzotycznego, uczonego swojaka. Gromadził te rymowane smakołyki, jak pisze Wasylewski „z ambicją ulwowienia kabaretu”.

Pierwszy lwowski kabaret powstał w 1911 roku pod nazwą „Ul”. Często zmieniali się jego głównodowodzący, wśród nich przez pewien czas był także Zagórski. W 1912 był jednym z założycieli ważnego kabaretu „Wesoła Jama”. Również w tym roku ukazała się osobliwa książeczka: „Śpiewające przedmieście. Piosenki, wiersze, melodie”. Zawierała wstęp podpisany przez Stefana Wędrownego i 29 batiarskich piosenek. Skład główny był w księgarni Karola Juffego.

„Wędrowny” to rzecz jasna pseudonim. Wstęp napisali, zapewne w dużej mierze pospołu, prawdziwi autorzy tego wyboru – Adam Zagórski i Jakub Rollauer, przyjaciel Adama, literat i tłumacz, syn ostatniego właściciela słynnej knajpy Sznajdra przy Akademickiej 7, w której do pierwszej wojny gromadziła się artystyczna cyganeria.

Dlaczego kryli się pod pseudonimem? Otóż podobno, jak można przeczytać w owym wstępie, „batiary lwowskie patrzyły zbójem, że ich się wyśmiwa pu kabarytach, a już się na serio rozwściekli słysząc, że to ma być wydrukowane na fest. Ówczesna lwowska chanson candineile miała urok i walor dla przedmieścia, póki jej nie sprofanowali kafary z miasta”.

No cóż, na pierwszy rzut oka wygląda to na inteligencką legendę, która miała podnieść atrakcyjność zbioru jako dziełka wyklętego, naznaczonego groźbą kabaretowej (sic!) dintojry. Dużo bardziej prawdopodobne jest, że Rollauer, zarabiający na życie jako stateczny belfer w gimnazjum, i nie zamierzający fachu porzucać, wolał się nie wystawiać na karcące spojrzenia przełożonych i rodziców swoich wychowanków. Zagórskiemu w szkolnych murach od dawna było duszno, słyszano zresztą już nie raz jak publicznie śpiewał wiele z tekstów zamieszczonych w „zbiorze Wędrownego”, bynajmniej nie pomijając najbardziej obscenicznych fragmentów, których w druku publiczności oszczędzono.

W ciężkich latach wojennych ukazały się ciekawe zbiorki piosenek żołnierskich także redagowane przez Zagórskiego. Zebrane w nich teksty były tyleż przezeń zasłyszane, co w wielu przypadkach gruntownie opracowywane, a niektóre podobno wyszły wprost spod jego pióra. W1915 roku ogłosił „Polskie pieśni wojenne i piosenki obozowe”, a rok później „Żołnierskie piosenki obozowe. Zbiorek najnowszy”.

„Żołnierska muza to nie wychowana w klasztorze panna, ma raczej w sobie coś z Szekspira, lubi kontrasty. Sentyment rozprasza drwinami – łzę osusza dowcipem” - pisał w przedmowie i zapewne tę samą miarę przykładał do muzy batiarskiej, którą z takimi honorami podejmował na kabaretowych scenkach.

U progu wolnej Polski, w 1920 roku ukazał się we Lwowie jeszcze jeden zbiór, który przypisuje się Zagórskiemu, zatytułowany „Piosenki z przedmieścia z muzyką”. W rozdziałach „Miłość apasza”, „Pieśni ponure”, „Pieśni wesołe” i „Łyczaków na wojnie” umieścił kilkanaście utworów powstałych w latach 1911–1920. Dodano też nuty i choć muzycy dziś bardzo na nie narzekają, to zbiorki zrodzone z pasji Zagórskiego są cennymi zabytkami, bez których znane nam dzieje piosenki lwowskiej byłyby nieporównanie uboższe.

Sam podpisał się bodaj pod jednym tekstem, który każdy leofil zna doskonale. Ilekroć więc usłyszymy albo zanucimy historyjkę o ułanie, który „na Wysokim Zamku siedział z mamką” lub, wedle innej wersji, „zy swuju kuchanku”, pamiętajmy, że te słowa, brzmiące jakby wprost z lwowskiego szynku wybiegły, zostawił nam wyrafinowany intelektualista ze Lwowa. Autor dziesiątek dzieł doprawdy mądrych i wytwornych, które jednak duszą się w bibliotecznym kurzu i nie dzielą szczęśliwego losu z tą płochą, acz nieśmiertelną śpiewką, hulającą wciąż po batiarskich pacałychach.

Sławomir Gowin
Tekst ukazał się w nr 14 (330) 30 lipca – 15 sierpnia 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.