Kubek z Kijowa

-a A+

– Weronika... Złamałam palec u nogi.
– ???
– Ale i tak jadę do Kijowa.
– No. Nie spodziewałam się po tobie niczego innego.

Ofelia ze spuchniętym, zwiększonych rozmiarów małym palcem u nogi wsiadła do samolotu. A właściwie to ja ze spuchniętym, zwiększonych rozmiarów palcem u nogi wsiadłam do samolotu. Nie po raz pierwszy, jak już wiecie, do niego wsiadłam, ale wciąż z tym samym przerażeniem. Ta podróż różniła się od lotu do Budapesztu tym, że nie byłam podczas niej samotna. Miałam przy sobie bliską mi osobę – Weronikę Kuśmider – pomysłodawczynię i reżyser monodramu „Kołysanka dla Ofelii”, który wiozłyśmy tymże samolotem do Kijowa.

Podobno w każdej szanującej się ukraińskiej szkole są organizowane dla dzieci wycieczki do stolicy. No cóż. My – czyli Średnia Szkoła nr 10 im. św. Marii Magdaleny – byliśmy i jesteśmy polską szkołą, więc jeździliśmy na szkolne wycieczki do Polski. Ewentualnie do Złoczowa, Podhorzec czy innych perełek dawnych Kresów. Kijów znałam z książek, atlasów i mediów. Znałam go też z telewizji, z pamiętnej zimy 2014 roku, gdy na centralnym placu miasta padły strzały.

Bałam się tego momentu, gdy pojawię się w miejscu, które miałam i mam przed oczami od czterech lat. Ale coś tam ciągnęło i mamiło, jak gdyby jakaś część mnie domagała się dowodów, że to stało się naprawdę.

Zdjęcia Niebiańskiej Sotni zobaczyłam jednak nie w 2017 roku, gdy poleciałam do Kijowa z Weroniką. Zobaczyłam je rok wcześniej, gdy przyjechałam do stolicy Kijowa z dyrektorem Polskiego Teatru Ludowego we Lwowie Zbigniewem Chrzanowskim. Praca naszego dyrektora – monodram „Z domu niewoli” oparty na wspomnieniach Obertyńskiej – został wówczas zaproszony na XIII Międzynarodowy Festiwal Monodramów Kobiecych „Marija”. To wtedy wybrałam się do centrum z moją Mamą, która nam towarzyszyła w teatralnej wyprawie. Miasto żyło, wokół kręciły się wycieczki, przez ogromne głośniki przewodnicy nawoływali i zapraszali do „szwydkych ekskursij centrom mista” – choć nie wiem, czemu zapisałam to po ukraińsku. Przecież w większości nawoływali po rosyjsku. Ten wszechobecny rosyjski język Kijowa nie drażnił mnie i mi nie przeszkadzał. Myślę, że mnie zaskoczył. Kijów sklepowy, pamiątkowy, uliczny mówił po rosyjsku. Narodowy Akademicki Teatr Dramatyczny im. Iwana Franki w Kijowie mówił jednak po ukraińsku.

To tam od lat Łarysa Kadyrowa, dyrektor i dusza festiwalu, organizuje przegląd kobiecych monodramów. Są tu zapraszane spektakle z Polski, Niemiec, Litwy, Armenii, Słowacji, Wielkiej Brytanii, USA, Egiptu, Białorusi, Norwegii, Australii, Włoch i całej Ukrainy oczywiście.

„Teatr to historia o ludziach i dla ludzi. Energia do kroku teatru współczesności w teatr przyszłości jest założona w teatrze, który był wczoraj, w naszej pamięci o nim. Dlatego (...) powstał pomysł stworzenia corocznego Międzynarodowego Teatralnego Festiwalu Kobiecych Monodramów „Marija”, który pojawił się w 2004 roku, kiedy kulturowa przestrzeń Ukrainy świętowała 150-lecie urodzin wielkiej Aktorki Marii Zańkowieckiej” – pisała w festiwalowej broszurze Narodowa Artystka Ukrainy Łarysa Kadyrowa.To wydarzenie miało stać się przestrzenią do popularyzacji największych osiągnięć warsztatowych aktorek i kultywowania uniwersalnego języka teatru.

Maria Zańkowiecka towarzyszy wydarzeniu, patronuje mu i nad nim czuwa. Czuje się ją w idei festiwalu, w jego atmosferze, w otwartości na nowatorstwo, inność. „Sztuka jest despotyczna. Należy jej się oddać całkowicie. W swoją twórczość artysta wkłada wszystko, co ma w sobie idealnego, energetycznego, uczciwego, szczerego, tak więc nie dostaje niczego do życia i po ukończeniu pracy przypomina łódkę bez żagli i steru, oddaną fanaberiom fal” – pisała Zańkowiecka.

Luba Lewak (od lewej), Zbigniew Chrzanowski, Elżbieta Lewak, 2016 (fot. archiwum autorki)

I tak właśnie było i jest: uczciwie i szczerze. Dwukrotnie miałam szansę wejść w energię tego festiwalu, zajrzeć w oczy artystkom grającym w swoich rodzimych językach, często nie rozumiejąc ani jednego ich słowa, a jednak rozumiejąc wszystko. Dwukrotnie miałam możliwość spojrzeć Widzom w oczy, stając na kameralnej, niezwykle intymnej scenie kijowskiego teatru.

Historia Beaty Obertyńskiej, wyreżyserowana w 2012 roku przez Zbigniewa Chrzanowskiego i dojrzewająca we mnie długie lata, została przyjęta niezwykle pozytywnie. Ta trudna historia II wojny światowej poruszyła ludzi każdej narodowości. Na wielkie nieszczęście łzy płynęły nie ze współczucia, ale z żalu, że te losy spotykały też przodków obecnych na sali Ukraińców i Rosjan.

Rok później przyjechałam z kolejną prawdą, tym razem dziewczęcą, kobiecą, niewinną, wybuchową, wypłakaną i opłakaną. „Kołysanka dla Ofelii” to debiut reżyserski Weroniki Kuśmider, studentki Wydziału Reżyserii Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Weronika przyglądała się Ofelii długo, jeszcze przed podjęciem studiów reżyserskich. Wraz z Emilianą Konopką (znawczyni sztuk malarskich) prowadziły Projekt Ofelia, badały postać Ofelii, jej wizerunki w malarstwie, refleksje krytycznoliterackie o nieprzystającej do Hamletowego świata dziewczynie. Potem dopiero się poznałyśmy. I w 2016 roku, w 400. rocznicę śmierci Williama Szekspira, słowiańska Ofelia przemówiła i wyśpiewała swoją niepowtarzalną – a jednocześnie uniwersalną dla rzeczywistości obu płci – historię o pierwszej, jeszcze niewinnej, być może naiwnej, ale absolutnie czystej miłości. Takiej, którą każdy wypłakał jako pierwszy zawód miłosny.

To był mój pierwszy niezależny projekt, tworzony tak oddolnie, jak to tylko możliwe. To Weronika jako pierwsza pokazała mi swoim przykładem, że... da się. Bo da się. Ruch sceniczny dla Ofelii budowała choreograf Emilia Przerwa-Tetmajer. Stroje (bo było ich kilka) szyła kostiumograf Agnieszka Kowalska. To była faktycznie kobieca sprawa – ożywić Ofelię i dopuścić do głosu.

Autorka (od lewej), Wiktor Lafarowicz, Weronika Kuśmider. Przed wejściem do teatru (scena kameralna) (fot. archiwum autorki)

Kijów przyjął nas wspaniale. Oto pierwszy raz słowiańską Ofelię, śpiewającą ludowe słowiańskie piosenki, zobaczył inny naród słowiański. Nieprzypadkowo użyłam słowa „słowiański” trzy razy. Weronika Kuśmider spędziła wiele godzin nad oryginalnym tekstem Szekspira i nad polskimi tłumaczeniami i wiedziała dobrze, co robi, wprowadzając w miejsce nic niemówiących polskiemu odbiorcy tłumaczeń piosenek angielsko-duńskiej Ofelii piosenki nasze, o Kasieńce i Jasieńku, o wianku, wierzbie, kwiatach i rzece. A piosenka o rzece szczególnie poruszyła białoruskiego krytyka, który nazwał nasz spektakl „słowiańskim musicalem”, odczytując bezbłędnie samoistne treści pieśni i ich często wschodnie korzenie. Tak się składa, że ta pieśń pochodzi z Białorusi i ma swoje odpowiedniki w innych kulturach.

Rok temu nie byłyśmy jedynym szekspirowskim, a nawet nie jedynym hamletowym motywem na „Mariji”. Spotkałyśmy w Kijowie Błazna – Błazna ze Lwowa, który przemówił słowami wielu Szekspirowskich błaznów. Mowa o monodramie „Yorick albo Spowiedź Błazna”. Z ich prawd spowiadał się Wiktor Lafarowicz pod reżyserskim okiem Zbigniewa Chrzanowskiego. Wyboru tekstów z dramatów dokonał Jędrzej Żurawski. Co ciekawe, Ofelia i Błazen spotkali się już wcześniej – w 2016 roku na III Międzynarodowym Festiwalu Monodramów MonoWschód w Wilnie.

Oba festiwale odbywają się w tym roku w październiku. Pierwsza wystartowała „Marija”. Jej uczestnicy tradycyjnie trafili na konferencje, monodramy z wielu krajów świata, gościnne występy aktorów płci męskiej, zasiedli przy okrągłym stole „Polilog kultur”, obejrzeli wystawy, wzięli udział w warsztatach artystycznych.

I znów pewnie po widowni krążyła skarbonka, do której chętni mogli wrzucić kilka groszy dla rodziny Andrija Mowczana – pracownika sceny tego właśnie Teatru, który zginął niespodziewanie od wielu strzałów w 2014 roku. I może kolejni twórcy odwiedzili plac Kijowa. I może też zabrali coś stamtąd oprócz refleksji.

Ja zabrałam kubek. Kubek z Kijowa. Kubek, który mi później pękł. Jak pękło w 2014 serce Kijowa. To wydało się takie symboliczne. Myślałam najpierw, że może powinnam go wyrzucić, bo napić się z niego już nie sposób, a podobno wszystko, co stłuczone, zbite i pęknięte powinno się wyrzucać. Na razie się na to nie odważyłam. Bo to ten kubek przywiozłam z Kijowa o pękniętym sercu, gdy pojechałam śpiewać o pękniętym sercu Ofelii, którego być może jak u Stachury „nie udało się pokleić (...) ani łzami – tym klejem białym, ani krwią – tym klejem czerwonym”.

Czego by jednak Stachura nie napisał dalej („i tak nie mam serca, nie mam”), wiem jedno – Ofelia miała serce do końca. Miała. Stachura też je miał, choć się nie przyznawał. Mieli je do podobnego końca.

I Kijów je ma. I będzie miał. Potrzaskane i poranione, ale będzie miał.

Spacerowałyśmy z Weroniką po placu i ulicy, które oglądał cztery lata temu cały świat. Strach oceniać, strach zadawać pytania, strach komentować to, co się wydarzyło. Trudno myśleć o zwiedzaniu miasta, gdy się tam trafia.

Pisałam już o tym, cztery lata temu i przedwczoraj, że po 2014 roku nic dla naszego pokolenia nie będzie już takie samo. To też mówili eksperci, ludzie dużo bardziej doświadczeni i dużo mądrzejsi, w Jaremczu, na Polsko-Ukraińskich Spotkaniach – ale w kontekście politycznych czynników i współpracy międzynarodowej. Moi rówieśnicy natomiast i ja nie spodziewaliśmy się, że będziemy świadkami strzałów w centrum miasta w biały dzień. Mieliśmy tworzyć nowe pokolenie, które pamięta o przeszłości, ale nie dopuszcza do wojny. W takim świecie chcieliśmy żyć i w taki świat wierzyliśmy.

Pamiętam, że stałam na październikowym wietrze i patrzyłam na zdjęcia tych, co zginęli w centrum miasta. I czułam ogromną bezradność. I przyszła ta sama myśl, której się złapałam cztery lata temu jak ostatniej deski ratunku, gdy na IX Polsko-Krymskotatarsko-Żydowsko-Ukraińskim Seminarium Młodzieżowym ARKA szukaliśmy ujścia emocjom związanym z wojną na Ukrainie. Nie jesteśmy w stanie zmienić tego, co się stało. Ale możemy o tym mówić i o tym nie zapominać. Tak, mówić i nie zapominać.

Stałam z tym złamanym, bolącym przeraźliwie palcem w centrum Kijowa i powtarzałam sobie w duchu, że niedługo się zagoi, że niedługo będzie po wszystkim.

Czy prędko jednak będzie „po wszystkim” dla Ukrainy? Czy takie rzeczy w ogóle mijają?

Trudno mówić, co było słuszne, a co – nie. Trudno wydawać sąd sprawiedliwie. Wiem tylko jedno: tamci ludzie już nie wrócą. Tak samo jak nie wrócą ci, którzy zamknęli na zawsze oczy na Wschodzie Ukrainy. A to ludzkie życie jest jedyną wartością, która może mieć znaczenie.

Być może to pęknięte serce Kijowa się zabliźni, sklei i zagoi. Być może. Jednak, podejrzewam, nigdy nie wróci do stanu „przed”. Bo świat, w który wierzyło nasze pokolenie, zniknął i nie wróci. Bo świat, w który wierzyło nasze pokolenie, pewnie nigdy nie istniał.

Ela Lewak
Tekst ukazał się w nr 20 (312) 30 października – 15 listopada 2018

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.