Huculskie Wesele

-a A+

Technik dentystyczny Wasyl Hryhorczuk z Bani Berezowa i wizażystka Julia Tomenko z Sopowa koło Kołomyi zaraz po zaręczynach postanowili wyprawić swe wesele według huculskich tradycji.

Chociaż ich rodzinne miejscowości leżą w granicach Huculszczyzny – pomiędzy Prutem a Czeremoszem – i oboje pochodzą z rodzin huculskich, okazało się to sprawą niełatwą. Ale młodzi się uparli.

Obecnie w tych miejscowościach wesela odbywają się jak w mieście, najwyżej któryś z gości ubierze się w haftowaną koszulę, albo starsi na weselu zaśpiewają którąś z pieśni obrzędowych.

– Mój dziadek był Hucułem i wszystko w chacie powinno być jak u Hucuła. Dlatego już dawno postanowiłam, że będę miała tradycyjne huculskie wesele – opowiada Julia. – A gdy okazało się, że mój narzeczony też jest z górskiej wioski, to zrozumiałam, że wszystko będzie jak sobie wymarzyłam.

Początkowo rodzice byli tym zdziwieni, ale nie protestowali, aby odrodzić stare weselne obrzędy. Wasyl i Julia przygotowywali się do wesela przez siedem miesięcy. Najtrudniej, jak twierdzą młodzi, było odnaleźć czilce (stroik na głowę) dla panny młodej. Przeszukali chyba wszystkie bazary Kołomyi, Kut, Kosowa, ale nadaremno. Stamtąd skierowano ich w góry. Pytali od chaty do chaty, aż trafili do Krzyworówni, opiewanej przez Stanisława Vincenza w książce „Na wysokiej Połoninie” i ukraińskich pisarzy Iwana Frankę i Mychajłę Kociubińskiego. Mieszkańcy Krzyworówni od razu skierowali młodych do Ireny Mosiejczuk, która do tej pory przechowuje stare weselne stroje huculskie.

Fot. Taras i Irena Kuzyszyn



– Gdy nareszcie trafiliśmy do kobiety i przymierzyliśmy stroje, to zapaliliśmy się do naszego planu jeszcze bardziej – wspomina Wasyl. Para umówiła się na wypożyczenie strojów. Umówili się też na wydzierżawienie chaty huculskiej – grażdy – w której Siergiej Paradżanow kręcił swój film „Cienie zapomnianych przodków”. Obecnie mieści się w niej muzeum, ale gdy dyrektor Wasyłyna Zeleńczuk dowiedziała się o zamiarze młodych, nie wahała się ani chwili i zgodziła się śpiewać i prowadzić młodym tradycyjne wesele.

Wesele Wasyla i Julii rozpoczęło się od plecenia wianków. Gdy gospodynie plotły wianki, narzeczoną czesano i ubierano w strój weselny. Dalej, według tradycji, przegrodzono drogę i czekano na narzeczonego, aby „zedrzeć” z niego okup za pannę młodą. Po ustaleniu i wypłaceniu okupu goście i młodzi weszli do chaty i przystroili weselne drzewko. Na marginesie, tradycja ta zachowała się jedynie w Karpatach. Rodzice panny młodej jako pierwsi umieszczają na czubku drzewa bukiet z kaliny, kłosów i kwiatów. Dalej drzewko upiększają niezamężne dziewczęta. Następnie starosta weselny, drużbowie i młodzi trzymając się za ręce trzykrotnie obchodzą stół, po czym młodzi klękają i proszą rodziców o błogosławieństwo. Potem młodzi wychodzą z chaty na ślub, a matki obsypują ich cukrem i pszenicą, aby ich wspólne życie było słodkie, w dostatku i płodne.

Z Krzyworówni młodzi udali się do Sopowa, rodzinnej miejscowości młodej, bo tu będą przysięgać wierność przed Bogiem. Tak szczęśliwie wypadło, że matka i córka w jednym dniu i w tym samym miejscu brały ślub. Dzieliło obie ceremonie 22 lata. Julia twierdzi, że dla niej ta zbieżność ma znaczenie. – Moi rodzice jesienią, w święto Opieki Przenajświętszej Bogurodzicy (Pokrowa) wzięli ślub w tej greckokatolickiej świątyni. Dlatego, gdy zobaczyłam w kalendarzu, że ten dzień wypada w sobotę – nie miałam wątpliwości. To chyba jest przez Boga wskazane miejsce – twierdzi Julia.

Na ślub Huculi jadą na koniach, a dopiero na dziedziniec cerkwi wchodzą pieszo parami. Najpierw – młodzi, potem drużbowie z drużkami, a za nimi rodzice i weselni goście, obecni na ceremonii. Ślubu Wasylowi i Julii udzielali kapłani o. Oleg Tkaczuk i o. Dmytro Korol, który przyjechał z parafii młodego.

Gdy młodzi wychodzili po ceremonii z cerkwi, dano im kołacz (chleb weselny – red.) z dziurką w środku, przez którą musieli spojrzeć na cztery strony świata. Mówią, że wtedy szczęście będzie nadchodziło ze wszystkich stron. Na zakończenie huculskiego ślubu następuje obrzęd rozplatania młodej (odpowiednik oczepin – red). Z narzeczonych zdejmują wówczas wianki, chociaż według tradycji huculskiej panna młoda powinna jeszcze trzy dni nosić czilce, czyli czółko (a waży ono około 3,5 kg). Jednak młodzi „przyśpieszyli” obrzęd i rozplatanie odbyło się podczas wesela.

Matki przy pieśniach obrzędowych zaczynają rozplatać młodej fryzurę, ale sam wianek zdejmuje żonie mąż. Żona natomiast zdejmuje wianek z kapelusza męża. Jest to bardzo ważny obrzęd, bowiem Huculi wierzą, że jak lekko uda się zdjąć wianek, tak lekkie będzie życie pary. Następnie młodej zawiązują na głowie chustkę, jako oznakę pożegnania wolnego i beztroskiego życia. Z zawiązaną chustką młoda tańczy po kolei ze wszystkimi niezamężnymi dziewczętami, nakładając im swe czilce i życząc jak najprędzej wyjść za mąż, stać się żoną i matką.

Wasyl i Julia dokładnie wykonali wszystko według tradycji huculskich, ale już następnego dnia bawiono się „po miejsku” w restauracji „Imperia” w Kołomyi.

Diana Czawaga

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.