Dowbusz. Historia ludowego mściciela. Część 4. Zakończenie.

-a A+

Znana jest dokładna data śmiertelnego zranienia watażki – 23 sierpnia 1745 roku. W Kosmaczu, na progu swojej chaty postrzelił go Stefan Dzwinczuk. O co chodziło w tym konflikcie?

Czym zawinił Dzwinczuk?
Są, co najmniej, trzy wersje przyczyn wizyty watażki opryszków w Kosmaczu.

Według pierwszej, było to „uderzenie prewencyjne”. Wcześniej Ołeksa po raz kolejny „popisał” się w Mikuliczynie – odciął głowę tamtejszemu gaździe Moczerniukowi, zabrał siedem bitych talarów, kocioł, fuzję i spalił jego chatę. Dało to podstawy niektórym badaczom do przypuszczeń, że istniała zmowa bogatych gospodarzy. Szlachta obiecała sowitą nagrodę za głowę Dowbusza i chłopi to „kupili”. Ale Ołeksa był nie w ciemię bity. Najpierw łatwo rozprawił się z organizatorem zmowy Diduszką, potem odrąbał głowę Moczerniukowi, w końcu postanowił ukarać Dzwinczuka, który według niego też był zdrajcą.

Podłożem kolejnej wersji jest miłość. Po raz pierwszy przedstawił ją w swoich wspomnieniach polski poeta Franciszek Karpiński (1741-1825). Ściśle przeplata się ona z pierwszą, ale tu występują już romantyczne nutki: „Pewien wieśniak, którego żonę kochał Dowbusz, dla korzyści, obiecanej przez szlachtę, umówił się ze swą żoną i zasadził się w sieniach z nabitą rusznicą. Gdy Dowbusz przyszedł, wystrzelił mu w pierś z odległości kilku kroków”.

Otóż, żona Stefana Dzwinczuka, zwana Dzwinką, była lubaską (kochanką) Ołeksy. Biegł na skrzydłach miłości do niej na spotkanie, nawet nie podejrzewając, że czeka na niego uzbrojony mąż. Między innymi, legenda głosi, że Dzwinczuk strzelał srebrną kulą, nad którą przez siedem dni i siedem nocy odprawiało modły siedmiu księży katolickich, aby przełamać potężne żydowskie zaklęcie.

I na koniec trzecia wersja, w której wątku znalazła się… krowa. Tak, tak, właśnie to rogate zwierzę miało stać się przyczyną śmierci legendarnego „ludowego mściciela”. 27 sierpnia 1745 roku w stanisławowskim ratuszu Dzwinczuk dokładnie opowiedział sędziom przebieg zdarzenia w tym wiekopomnym dniu. Okazuje się, że przed ślubem z Dzwinką, był on już raz żonaty z córką niejakiego Meczownika z Krzyworówni. Niebawem żona zmarła i Stefan ożenił się po raz drugi. Wówczas była teściowa – żona Meczownika – zaczęła nalegać na zwrot posagu, czyli wspomnianej krowy. Gdy gazda posłał babę „gdzie pieprz rośnie”, albo i dalej, „ta w zacięciu swoim poskarżyła się Dowbuszowi. Powiedziała, że za nim ( za Dowbuszem) chodzę, żeby go zabić. Od tego czasu Dowbusz zawziął się na mnie i przyszedł w miniony poniedziałek w nocy”.

Tylko tyle – obrażona teściowa Dzwinczuka napuściła łatwowiernego Dowbusza, który pośpieszył, by się zemścić i nadziać na kulę.

„Śmierć ludowego mściciela”, obraz Jurija Dmytrenki (z archiwum autora)

Gdzie są ukryte skarby?
Ballada ludowa o Dowbuszu dość dokładnie przekazuje okoliczności śmierci watażki. Późnym wieczorem dobija się on do zamkniętych „drzwi cisowych, z zamkami stalowymi”. Drzwi powoli ustępują: „Dowbusz na drzwi nalega / drzwi powoli się poddają. / Dowbusz drzwi otwiera, / Stefan w Dowbusza strzela. / Jak go postrzelił w prawe ramię, / krew z lewego ciecze”.

Stefan Dzwinczuk prawie tak samo opisuje to wydarzenie: „Opryszkowie kazali, żeby wpuścić ich do chaty, ale nie odzywałem się. Tylko żona moja i matka rozmawiały z nim i nie chciały go wpuścić, powiedziały: „Nie wiemy ktoś ty, męża nie ma w domu, jest na pokosach w polu. Wtedy rzucili się do drzwi i najstarszy podważył je lekko obuchem i zaczęli napierać. Gdy wleźli do sieni, wówczas go postrzeliłem. Wtedy mnie tylko zbeształ i nakazał kompanom: „Palcie chatę”. Zaczęli krzesać ogień, ale im się nie udało. Potem Dowbusz kazał, żeby zabrali jego broń i powiedział: „Stąd jeszcze mogę iść”. Zabrali jego broń i poszli w las…”.

Gdy opryszkowie odeszli do lasu, Dzwinczuk pobiegł do wsi po pomoc, ale prawie wszyscy ludzie byli w polu. Dopiero rankiem 24 sierpnia udało mu się zebrać gromadę. Na poszukiwanie Dowbusza ruszyli chłopi, dwóch kapłanów z Kosmacza i dzierżawca. Dzięki psom watażkę opryszków znaleziono w lesie w odległości „czterech strzałów z łuku”. Jeszcze żył, ale stracił dużo krwi i gasł w oczach. Towarzysze go opuścili, zakrywszy rannego gałęziami.

W pierwszej kolejności Dzwinczuk zainteresował się, kto na niego nasłał Dowbusza. Ten odpowiedział niejasno: „Czy mnie ktoś namawiał czy nie – taka mi śmierć przyszła”. Wśród rzeczy osobistych przy watażce znaleziono krzyżyk, ikonkę i kawałek srebra, który wziął z bohorodczańskiego zamku. Wszystkich, rzecz jasna, interesowało, gdzie Dowbusz schował zrabowane skarby. W odpowiedzi usłyszeli jedynie niejasne: „Na połoninie – w Czarnohorze. Bóg wie i ja wiem. Ziemia będzie miała z tego korzyść – nie ludzie”.

A potem Dowbusz zrobił coś takiego, co wcale nie odpowiada wizerunkowi bohatera. Gdy poproszono go, by wymienił imiona wspólników, ten, bez żadnych wyrzutów sumienia, nazwał swoich kompanów: „Jeden był Wasyl Bajurak, a drugi – Pawło Orfeniuk”. Po czym ludowy mściciel wyzionął ducha.

Dlaczego wydał swoich ludzi? Może obraził się, że porzucili go jakieś 500 m od wioski i nie usiłowali nieść dalej, by okazać mu pomoc i uratować? Jakkolwiek było, opryszkowie mieli całą noc, i w tym czasie można było ujść daleko w góry.

Ostatnie chwile życia Dowbusza natchnęły nieżyjącego już artystę Jurija Dmytrenkę do stworzenia obrazu, który malowniczo opisał bloger, rodem z Peczeniżyna, Jurko Wowkogon: „Umiera on tam tak patetycznie i zwyczajnie, pod krzakiem kaliny. Nasi ludzie biegną patrzeć na śmierć Dowbusza, a za nimi przybiegł od razu Żyd z wódką – nie wiadomo po co, ale przybiegł. A kapłan tam prawosławny taki paskudny, jeszcze gorszy niż Cyryl. I tradycyjnie na końcu są polscy żołnierze (smolacy) na koniach, bo jasne, że policja zawsze zdąży. A jeszcze jest tam stary dziad, niosący lichtarz zapalony w dzień, jako symbol ukraiństwa”. Kopia obrazu jest przechowywana w iwanofrankiwskim muzeum Ołeksy Dowbusza.

Zemsta opryszków
Akademik Grabowiecki pisze tak: „Szlachta miała nadzieję, że ze śmiercią Dowbusza uda się opanować ruch opryszków. Jednak przeliczono się. Po tragicznej śmierci Ołeksy ruch opryszków nie zamarł. Kontynuowali go jego towarzysze”. Kolejnym ich przywódcą został krewny Ołeksy Pawło Orfeniuk, ale zginął on tegoż 1745 roku. Po nim na czele oddziału stanął Wasyl Bajurak, który działał jeszcze do 1754 roku.

Logiczne jest, że pierwszą rzeczą jaką chłopcy mieli by uczynić, to zemścić się na Dzwinczuku. Ale na Dzwinczuku nikt zemsty nie szukał. Na znak wdzięczności księżna Jabłonowska dożywotnio zwolniła go od „zarówno dworskich, jak i społecznych opłat, danin, podatków, czynszów i innych dowolnych powinności”.

20 kwietnia 1763 roku w księdze parafii kołomyjskiego dziekanatu w Kosmaczu zapisano dwa gospodarstwa Dzwinczuków. Wołodymyr Hrabowecki podaje, że na jednym „siedział Mateusz Dzwinczuk i jego żona Ksenia, którzy mieli dwóch synów, a na drugim – Stefan Dzwinczuk i jego żona Maria, mający dwóch synów i dwie córki”.

Od chwili zabójstwa Dowbusza minęło 18 lat, ale do Dzwinczuka nikt nie miał pretensji. Prawdopodobnie opryszkowie mieli ważniejsze rzeczy na głowie, niż zemsta.

Na podstawie przytoczonych dokumentów i wspomnień staje przed nami postać całkowicie innego Dowbusza – sadysty, mordercy i grabieżcy, który nie zatrzymywał się przed niczym, by osiągnąć osobistą korzyść. Tutaj, jak w tym dowcipie, z klocków z literami „U”, „J” i „CH” nie da się ułożyć słowa „BOHATER”. Jednak Wołodymyrowi Hraboweckiemu się udało. W kołach naukowych nawet krąży żart, że „Hrabowecki z Dowbusza uczynił bohatera, a Dowbusz z niego – akademika”.

Staraniem uczonego w 1971 roku w miejscowości Peczeniżyn wystawiono Dowbuszowi pomnik – olbrzymią głowę z toporkiem. Ale i tu nie obeszło się bez kuriozów. Architekt Zenowij Sokołowski wspomina, że za montaż pomnika odpowiadał przewodniczący miejscowego kołchozu, niejaki towarzysz Bojczuk. Czy to nie dość sprawdził, czy też pracownicy „puścili” cement, przeznaczony na postument, „na lewo”, w każdym razie w przededniu odsłonięcia pomnika olbrzymia głowa oderwała się od postumentu i spadła na ziemię. Potem oczywiście wszystko naprawiono i pomnik został odsłonięty, ludzie zaś ułożyli dowcipną kołomyjkę:

„Oj, pije Bojczuk wódeczkę z zielonej flaszki,
Poszedł cement na budowę, a Dowbusz w opryszki”

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 7 (323) 15-26 kwietnia 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.