Ulewa stulecia we Lwowie. Część I

-a A+

Kurier Galicyjski już pisał o zimie stulecia we Lwowie (nr 2 z 31 stycznia – 14 lutego 2019 roku). Tak ostre zmiany pogody, gwałtowne ataki żywiołów w sumie nie są charakterystyczne dla klimatu lwowskiego, zazwyczaj łagodnego i umiarkowanego tak w zimie, jak i latem. Niezwykłe wydarzenia klimatyczne we Lwowie długo były pamiętane, zaś prasa lwowska podawała dokładne relacje i szczegóły. Takie były na przykład relacje o gwałtownej ulewie 16 czerwca 1905 roku, którą od razu nazwano ulewą stulecia.

Po pięknej letniej pogodzie na Lwów nadciągnęła gwałtowna burza i deszcz, który trwał prawie całą dobę. Skutki dla miasta były katastrofalne, zaś czasopisma relacjonowały przebieg walki z żywiołem niezwykle malowniczo. „Kurier Lwowski”, „Słowo Polskie”, „Gazeta Lwowska” umieściły reportaże z różnych dzielnic i ulic miasta, dziennikarze opublikowali wywiady z władzami miasta, władzami wojskowymi garnizonu lwowskiego i obywatelami, którzy ucierpieli podczas ulewy.

Otóż wieczorem 15 czerwca 1905 roku nad Lwów nadciągnęły ciemne ciężkie chmury i rozpoczął się rzęsisty deszcz, który przemienił się wkrótce w wielką ulewę. W tamtych czasach jeszcze nie wszystkie ulice miały stoki kanalizacyjne i nie wszystkie były zabrukowane. Również nie wszystkie kamienice były podłączone do kanalizacji miejskiej. Już po kilku godzinach z wyżej położonych ulic miasta płynęły istne rzeki, przez ukształtowanie geograficzne – przeważnie w stronę centralnej części miasta, która leży w dolinie rzeki Pełtwi, ujętej w tamtym czasie w podziemny kolektor. Woda bez trudu rozmywała nawierzchnię niebrukowanych ulic, a na niektórych brukowanych nawet bruk został wyrwany i uniesiony potokiem.

Na ulicach położonych nisko już po krótkim czasie woda zalała niemal wszystkie mieszkania suterynowe i piwnice. Przy ulicy Na Błonie (obecna Zaliznyczna) w domu pod numerem 12 sutereny napełniły się wodą powyżej metra, zalana została także znajdująca się w tym domu pracownia znanego artysty rzeźbiarza Tadeusza Orkasiewicza. Na ulicy św. Stanisława (obecna Tyktora) woda stała jak w kanale między budynkami, zalało szynki. Obok, na ulicy Szpitalnej woda zalała wszystkie mieszkania parterowe. Na ulicy 3 Maja (obecna Siczowych Strzelców) woda wyrwała drewniany bruk na przestrzeni kilku metrów (był i taki we Lwowie!).

Zajezdnia tramwajowa (fot. Ретро-Львів)

Tramwaje elektryczne kursowały początkowo podobnie do parowców rozbijających wzburzone fale, ale ostatecznie musiały stanąć u wylotu ulicy Zielonej. Ruch tramwajów ustał również z powodu zamulenia szyn. Znaczna część szyn tramwajowych została zamulona, na przykład na Łyczakowie, ul. Leona Sapiehy, Zyblikiewicza. Ciekawe, że nikt nie wydał rozporządzenia o wyłączeniu prądu. W całym mieście ruch ustał zupełnie. Stanęły na zamulonych torach tramwaje elektryczny i konny. Konie dorożek nie chciały ruszyć z miejsca, brocząc po brzuch w wodzie. Dorożki zalało po siedzenia.

W kilku miejscach na górnym Łyczakowie zapadł się grunt. W dolnej części ulicy Łyczakowskiej woda w obfitej ilości wpłynęła do licznych szynków. Przy ulicy Zyblikiewicza 8 (obecna Iwana Franki) podmyło fundamenty starego domku, mury zarysowały się i zagrażały zawaleniem. Zresztą ulica Zyblikiewicza na całej przestrzeni była zalana wodą, która płynęła tutaj jak rzeka, „głęboka przeszło na łokieć”.

Skrzyżowanie ulic Pełczyńskiej i Kopernika (fot. Ретро-Львів)

Mieszkańcy domów przy ulicy Pełczyńskiej (obecnie Witowskiego) ucierpieli ogromnie. Przy zbiegu ulic Pełczyńskiej i Zyblikiewicza woda tryskała z przepełnionego kanału na wysokość ponad dwóch metrów. Przy Drodze Wuleckiej (obecnie Sacharowa) wyrwało brzegi stawu Sobków (Sobka), w którym prywatny gospodarz hodował ryby na sprzedaż, i wielka ilość ryb spłynęła do kanałów koło remizy tramwajowej (staw ten został zasypany w 1921 roku). Faktycznie utworzyła się głęboka i szeroka rzeka, która szumnie płynęła z góry po Drodze Wuleckiej, dalej po Pełczyńskiej przez plac Prusa na Zyblikiewicza i dalej przez Batorego (obecna Kniazia Romana) i Akademicką (obecny prospekt T. Szewczenki) do placów Halickiego i Mariackiego (obecny Mickiewicza).

Około siódmej godziny wieczorem woda poczęła zalewać cegielnię Sprechera, która znajdowała się na stokach wzgórz Pełczyńskich. W cegielni był „w wysokim stopniu rozgrzany olbrzymi piec do wypalania cegieł. Gdy woda oblała piec, buchnął wielki i wysoki słup pary. Strażnik na wieży ratuszowej zaalarmował pożar”.

W centralnej części miasta woda zalała plac Mariacki, który stał się podobny do jeziora, a pośrodku sterczała jak słup kolumna Mickiewicza. Woda przybywała stale i zalała również sutereny hotelu Georga (Żorża).

Hotel Żorża (fot. Ретро-Львів)

Miarę nieszczęścia dopełniła druga ulewa, bo po krótkiej przerwie około godziny wpół do dziewiątej wieczór poczęło lać jak z cebra. Na placu Mariackim bramę wjazdową do hotelu Francuskiego i cukiernię Sotschka zalała woda. Dolna część ulicy Sykstuskiej (obecna Doroszenki) od ulicy Karola Ludwika (obecny prospekt Swobody) i do Słowackiego obok gmachu poczty stała literalnie pod wodą. Kuchnię wielkiej restauracji Menaschesa na rogu ulic Słowackiego i Sykstuskiej zalała woda, „kotlety pływały wśród ulicy jak lilie wodne”. Dolna część Sykstuskiej wyglądała jak „rwący strumień”.

Kanały zasklepionej rzeki Pełtwi i innych strumyczków nie mogły przyjąć takiej ilości wody. Wybitny znawca przedwojennego Lwowa Witold Szolginia pisał, że „kanałem rzeki Pełtwi, pełniącego funkcję głównego kolektora miejskiego w zwykłym czasie płynęło niewiele wody, mianowicie 400-500 litrów na sekundę. Jedynie w czasie nawałnicowych opadów odprowadzała Pełtew do 60.000 litrów wody na sekundę”. Można tylko wyobrazić, ile wody płynęło ulicami miasta w dniu 16 czerwca 1905 roku!

Ze skutkami ulewy od pierwszych minut walczyła lwowska policja i Zakłady Wodociągów Miejskich. Pomocą dla ludności kierowali dwaj wiceprezydenci Lwowa. Michał Michalski i Stanisław Ciuchciński wyjechali z Ratusza po alarmie strażnika na wieży ratuszowej i przez całą noc znajdowali się na ulicach w najbardziej niebezpiecznych miejscach. Wezwano oddziały cesarsko-królewskiego wojska z Cytadeli, ale stamtąd zawiadomiono, że „tylko komenda placu może im wydać polecenie”. Wtedy zwrócono się do komendy placu, zaś kapitan Macek odpowiadał, że „wszyscy pionierzy udali się na ćwiczenia do Halicza wraz z odpowiednim sprzętem”. Pionierami w wojsku austriackim nazywano oddziały inżynieryjne i saperskie (Pionier-Bat. i Sappeur-Bat.). We Lwowie stacjonował 11 batalion (baon) pionierów, który składał się z 4 kompanii.

Straż pożarna (fot. Ретро-Львів)

Najbardziej pomocną na ulicach Lwowa podczas ulewy była policja konna. „Kurier Lwowski” pisał, że „woda na ulicach była powyżej brzucha konia konnego policjanta”. Zawodowa straż pożarna liczyła 65 osób, z nich 2 oficerów. Dysponowała 8 wozami i odpowiednią ilością koni (16 koni). Część koni było starych, odkupionych jeszcze od likwidowanego tramwaju konnego. Na czterech wozach były zamontowane pompy ręczne, w narodzie zwane „sikawkami”, i beczki z wodą. Dodatkowo wóz mógł przewozić rozkładaną drabinę, jedyną, którą mieli lwowscy strażnicy. Pompy systemu Knausta były ciężkie i każdą obsługiwało 12 osób. Otóż lwowska straż pożarna była słabo przygotowana technicznie i nie odpowiadała wymogom czasu. Na wyzwanie magistratu dowództwo straży pożarnej odpowiadało, że „nie może być specjalnie pomocnym, bo walczy z ogniem, a nie z wodą”. Istniała we Lwowie również ochotnicza straż pożarna, licząca około 30 osób, ale prawie bez żadnego rekwizytu.

Najgorzej w tym czasie wyglądała sytuacja na ulicach Błonnej (obecna Nemyriwśka) i Na Błonie (obecna Zaliznyczna). Trudno było dostać się do tak oddalonych od śródmieścia ulic. Koła wozów grzęzły w piasku i mule. Na ulicy Ścieżkowej (obecna Saksagańskiego) wyrwało olbrzymi kawał ziemi, pozostał wielki dół wypełniony wodą, także zniosło na wielkiej przestrzeni chodnik. Na ulicy Błotnej (obecna Zalizniaka) budynek pod numerem 5 był zalany wodą, zaś ogródek przy nim zamienił się w prawdziwe jezioro. Mieszkańcy uciekli przed powodzią na strych domu. W każdej chwili ten stary budynek mógł się zawalić. Z pomocą pośpieszył starszy komisarz policji dr Reinländer z kilkoma policjantami. Woda zalała mieszkania na wysokość do 1,5 metra. Policja rozpoczęła ewakuację ludzi, ale niektórzy odmówili pomocy, twierdząc, że „wolą z dobytkiem swoim zginąć, niźli odejść ze strychu i wszystko utracić”. Zabrano ich ze strychu przemocą. Akcja ratunkowa przy tym domu zakończyła się około godziny 11 w nocy.

Jurij Smirnow
Tekst ukazał się w nr 8 (324) 26 kwietnia – 16 maja 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.