Lwów pod muchą

-a A+

Kurierowe rozmowy przy kawie

„Jakościowo bez konkurencyi”, czyli o lwowskich producentach trunków i nie tylko. Rozmowa druga na łamach naszej gazety Anny Gordijewskiej z autorką książki „Lwów na słodko i… półwytrawnie” Anną Kozłowską-Ryś, historykiem sztuki, filologiem, tłumaczem.

Jeśli mowa będzie o Lwowie i zapytamy przeciętnego Polaka z jaką wytwórnią produkcji wódek i likierów najbardziej kojarzy mu się przedwojenny Lwów, to odpowiedź będzie na pewno brzmieć – Baczewski. W swojej książce „Lwów na słodko i… półwytrawnie” Pani otwiera inne przestrzenie „półwytrawnego” Lwowa.
Oczywiście nie można zaprzeczyć, że firma Baczewskich była w okresie międzywojennym bardzo popularna i ceniona. Trzeba też przyznać, że miała marketing postawiony na wysokim poziomie. W zestawieniu na przykład z szeroko zakrojoną kampanią reklamową firmy w latach 1922–1924 dość blado wypadały inne wytwórnie, które przecież też miały się czym poszczycić. O Baczewskich więc nie pisałam z założenia – napisano o nich nieomal wszystko. Chciałam przypomnieć choć parę lwowskich, już trochę zapomnianych bądź niedocenianych, wytwórni niejednokrotnie znanych głównie przez kolekcjonerów starych etykiet i butelek. Podobnie zresztą, jak w przypadku lwowskich cukierni, w książce dokonałam pewnego określonego, świadomego wyboru.

Na początku XIX wieku Lwów należał do jednego z największych producentów likierów w monarchii austro-węgierskiej. Jakie wytwórnie były znane w tamtych czasach?
Wiadomo, że z pewnością były wówczas we Lwowie cztery wytwórnie rosolisów, mianowicie: wdowy po Baczelesie Chany Baczeles i jej syna Menesa – ponoć największa w tym czasie w mieście; Ignacego Franciszka Laneriego, Fischela Dubsa i Margoschesa (Margoszesa). Weług Ignacego Chodynickiego, tylko dwie z nich wyrabiały dobre likiery: Baczelesa i Laneriego. W 1829 r. na terenie Lwowa pracowało 19 fabryk likierów, lecz z latami ich liczba stale rosła. W większości jednak nie były to duże wytwórnie, mimo to brały udział w różnych wystawach krajowych i powszechnych. Na przykład M. Dubs i Pinkas Schiffman prezentowali się na Wystawie Powszechnej w Wiedniu w 1873 r. Wspomnieć też należy firmę Jakuba Heschego Löwenburga, założoną we Lwowie w 1876 r. Ostatnie ćwierćwiecze XIX w. stoi pod znakiem nie tylko trunków fabryki Baczewskiego, ale przede wszystkim Juliusza Mikolascha i jego wielokrotnie nagradzanych na targach „Kontuszówki”, „Piołunówki” i „Lwowianki”. Odnotować też trzeba Markusa Kesslera, który zajął się produkcją m.in. likierów „na sposób gdański” i ich sprzedażą w pomieszczeniach należących uprzednio do Schiffmana przy ul. Ormiańskiej 28, a następnie przy ul. Gródeckiej 56. Sporo fabryk mieściło się na Zniesieniu, m.in.: „Józef Kronik i Syn”, „J. Siegel i Syn”, „G.R. Losch” – należąca do Gołdy Róży Losch, „Lubliner M. i Synowie”, bracia Kapelusz... Wszystkie te wytwórnie miały własne sklepy fabryczne, lecz ich trunki sprzedawane oczywiście były również przez kupców w sklepach korzennych i „na kieliszki” w lokalach mających koncesję na wyszynk.

A czy to prawda, że zanim likiery pojawiły się w cukierniach, były sprzedawane w aptekach? Hm… smaczny lek.
Oczywiście. Likiery, wszelkie nalewki i wódki – sprzedawane jeszcze w XVII w. pod nazwą „akwawity”, inaczej „woda życia”, gdyż miały ponoć życie przedłużać – oferowali aromatariusze, czyli aptekarze. Sporządzano je także po dworach i zapewne domach mieszczańskich, a trzymane były zawsze w domowych „apteczkach” przez panią domu „pod kluczem”. Na pewno więc sporządzali je najdawniejsi znani aptekarze lwowscy jak Paweł Abrahamowicz, Antoni Krokier, Jan Kruczkowski czy Jan Łączyc lub Jan Kilianista. Likiery gorzkie miały wzmacniać „słaby i ospały żołądek” i działać kojąco na wszelkie dolegliwości wynikające ze złego trawienia. Dosyć dla nas kuriozalnie dzisiaj, polecano je jako lek usuwający w kilka godzin wszelkie niedyspozycje wynikające ze zmartwienia. Czy to jednak ze względu na ich właściwości czy to na smak, szybko stały się – zwłaszcza te słodkie – bardzo popularnym napitkiem, co spowodowało protesty w pewnych kręgach i pojawienie się ostrych słów krytyki. Przestrzegano przed nadmiernym piciem likierów, miały mieć bowiem niszczący wpływ na zdrowie – powodować bezsenność, halucynacje, prowadzić do szaleństwa, a nawet wywoływać paraliż. Grzmiano, że „przechodzące w namiętność używanie likierów gubi wśród klas oświeconych daleko więcej osób aniżeli choroby zaraźliwe”.

Nagłówek papieru firmowego Jana Muszyńskiego (zbiory własne)

We Lwowie idąc ulicą Drukarską, dawną Grodzickich, widzimy stary napis, który wyłonił się spod tynku. Czytamy „J. Muszyński”. Postać mało znana, a przecież Jan Muszyński miał i swój własny handel korzenny i wytwórnię win. Znane były jego słodkie owocówki.
I win, i likierów – na przykład likieru „Griotte” ze słynnych czerech kleparowskich, czy „Morelówki”, sporządzanej w okresie międzywojennym nie z owoców importowanych, lecz z cenionych, wygrzanych w słońcu, dojrzałych moreli z sadów zaleszczyckich. „Morelówka” sporządzona była wg receptury samego Muszyńskiego. Sprzedawano ją w białych, kwadratowych butelkach, oznaczonych pieczęcią czerwoną i gwiazdą jako marką ochronną.

Reklama „Morelówki” Jana Muszyńskiego z „Kuriera Lwowskiego”

Muszyński nabierał doświadczenia pod okiem Juliusza Mikolascha, w C.K. Uprzywilejowanej Rafinerii Spirytusu i Fabryce Likierów i Octu na Bogdanówce. Pryncypał powierzył mu wkrótce stanowisko kierownika i mianował zastępcą. Muszyński usamodzielnił się pod koniec lat 90. XIX w., uruchamiając własną wytwórnię i otwierając sklep korzenny. Szybko doceniono we Lwowie jego owocówki. Podczas Krajowej Wystawy Wyrobów Owocowych we Lwowie w 1900 r. zdobyły złoty medal, rok później zyskały uznanie podczas Państwowej Wystawy Wyrobów Owocowych w Wiedniu w 1901 r. O obydwu wyróżnieniach dumnie głosił piękny nagłówek papierów firmowych Muszyńskiego. A w 1904 r. na Jarmarku Wyrobów Krajowych we Lwowie „Morelówka” J. Muszyńskiego była, jak pisano, „modnym napojem dla nieabstynentów”. Mimo pewnych, chwilowych perturbacji w latach 20. XX w., fabryka działała prężnie do 1939 r.

Byli jeszcze zapomniani dziś Herman i Maurycy Salzbergowie czy Zygfryd Krebs...
O Salzbergach wiadomo najmniej. Znany jest co prawda Herman Salzberg, „koncesjonowany restaurator miejski”, i jego lokal „Pod Capkiem” przy ul. Kazimierzowskiej 31, wspominany chociażby przez Mieczysława Opałka, miejsce spotkań aktorów Teatru Miejskiego, ale już jego syn – Maurycy został dziwnym trafem zapomniany. Maurycy, absolwent C.K. IV Gimnazjum lwowskiego, był wykształconym kupcem, wyspecjalizowanym w zakresie technologii produkcji wódek i likierów. W kilka lat po złożeniu egzaminu z towaroznawstwa technicznego otworzył przy ul. Kopernika fabryczny skład rosolisów, wódek, nalewek, likierów i spirytusu. Adres jest już znamienny, uprzednio mieściła się tu fabryka spirytusu Juliusza Mikolascha. Salzberg produkował na niewielką skalę. Jego butelki z wytłaczanym napisem firmowym należą z tego względu obecnie do wielkiej rzadkości.

Wytwórnia Krebsów należała do jednych z najstarszych we Lwowie – powstała w 1850 r. Od 1904 r. była prowadzona pod własnym nazwiskiem przez Zygfryda Krebsa, który miał też i własną knajpę – nomen omen „Pod Rakiem” (po niemiecku „Krebs” znaczy „rak”) – na rogu ulic Kubali i Batorego, lubianą przez brać artystyczną i literacką. Podczas Jarmarku Wyrobów Krajowych we Lwowie w 1904 r. p. Krebs uciekł się do zabawnego chwytu reklamowego. Chcąc bowiem zwiększyć zainteresowanie swoimi trunkami, reklamował się, że każdemu, kto przy jego stoisku wypije kieliszek wódki, ofiaruje 50 koron! Można sobie wyobrazić, że chętnych nie brakowało. Lecz cóż, owych 50 koron okazało się niewielkich rozmiarów herbatnikiem z wytłoczonym napisem „50 Kronen”...

Wytwórnia działała do 1939 r. Jednym z jej ostatnich przedsięwzięć wystawowych był udział wiosną 1939 r. w wystawie zorganizowanej przez warszawski Oddział Wojewódzki Związku Pracy Obywatelskiej Kobiet, nad którą protektorat objęła Maria Mościcka, małżonka Prezydenta Rzeczypospolitej. Wystawie nadano nazwę „Świat kobiety”, miała bowiem przede wszystkim pokazać, gdzie i jak kobieta pracuje i czym się interesuje. Co prawda był to naczelny cel i temat wystawy, lecz zaproszenie do wzięcia w niej udziału skierowano do różnych przedsiębiorców, którzy zechcieliby wesprzeć tego typu inicjatywę kobiecą. Jak widać Krebs ze zrozumieniem podszedł do sprawy. Miody firmy Krebsa w latach 30. reklamowane i sprzedawane też były przez wspomnianego wcześniej Jana Muszyńskiego.

Na marginesie, trzeba nadmienić, że nieprawdą jest – jak podają niektóre publikacje – że lata kryzysowe przetrwała, pracując do 1939 r., jedynie fabryka Baczewskiego. Obok niej i znanej fabryki Koseckich, i oczywiście Krebsa, pracowała we Lwowie też fabryka „J. Kronik i Syn” i fabryka likierów oraz wódek gatunkowych Jana Muszyńskiego.

W okresie międzywojennym na Targach Wschodnich w jednym z pawilonów było zwracające na siebie uwagę stoisko fabryki z renomą – Koseckich. Mówiono o nich, że byli „jakościowo bez konkurencyi”.
Faktycznie. Niestety, o wiele za rzadko mówi się o wytwórni Koseckich na Lewandówce, a przecież i jej trunki były znane także daleko poza Lwowem i obroty miała również niemałe. Koseccy wystawiali się na Targach Wschodnich od początku ich istnienia – wyjątkiem był tylko rok 1922. Powodem było zaangażowanie znacznych środków i czasu w przebudowę i modernizację fabryki. Fabryka była przedsięwzięciem rodzinnym od początku jej istnienia tj. od 1864 r., lecz jej prawdziwy rozkwit przypadł na lata po I wojnie światowej. W okresie międzywojennym należała naprawdę do jednych z czołowych polskich przedsiębiorstw – z dużym asortymentem trunków, z ciekawymi pod względem graficznym etykietami i nietypowymi w kształtach butelkami. Można je teraz znaleźć wśród kolekcjonerów. Własna bocznica kolejowa na Lewandówce usprawniała wysyłkę nalewek i likierów w „szeroki świat”, na rynki polskie i zagraniczne. Nawiasem mówiąc, na Targach Wschodnich prezentowali swoje trunki nie tylko Koseccy i Baczewscy. Jak śmiał się Zbierzchowski: „Gdy na smutek albo żal,/ Lubi popić lacki ludek,/ Więc najwięcej will i hal,/ Wystawiły firmy wódek”. Rzeczywiście, stoisk producentów alkoholi wszelakich zawsze było niemało, od zarania Targów. Podobnie zresztą było też na Jarmarkach Wyrobów Krajowych.

Czy może Pani opowiedzieć nieco zapomniane historie związane z lwowskimi lokalami?
Och, jest ich niemało. Na ich przywoływanie miejsca by tu nie wystarczyło! Nikt dotąd jeszcze nie pisał o perypetiach związanych ze Związkiem Współdzielczym dla Przemysłu Gospodnio-Szynkarskiego, czyli spółdzielnią zawiązaną w 1919 r z inicjatywy lwowskiego prawnika Ignacego Arnolda przez właścicieli lokali restauracyjnych, cukierni i kawiarni, sklepów korzennych. A wśród członków tej spółdzielni znajdujemy m.in. znane osoby jak wspominany wcześniej Jan Muszyński, Tomasz Zieliński – właściciel kawiarni „Szkockiej”, Franciszek Moszkowicz – właściciel m.in. kawiarni „Warszawa” i „Europejskiej”, a potem słynnej „Adrii” w Warszawie, Władysław Kucharski – właściciel kawiarni „Centralna”, czy Herman Arem – współudziałowiec fabryki wódek i likierów J.A. Baczewskiego (prywatnie teść poety Brunona Jasieńskiego) i Marian Kafka, właściciel handlu korzennego i pokoju do śniadań.

W książce przypominam też Jana Ludwiga, handlarza win i właściciela restauracji „Pod Złotą Gruszką” przy ul. Krakowskiej 7, gorącego patriotę, podkreślającego, że jego „handel był i jest polskim, takim też pozostanie”. Znalazło się też miejsce dla Róży Fliesserowej, restauratorki, kobiety przedsiębiorczej, i to nie mniej niż Zofia Teliczkowa, a nie wiedzieć czemu zapomnianej.

Reklama prasowa Mariana Kafki z 1933 r.

Która z tych historii przyciągnęła Pani uwagę szczególnie?
Historia, która właściwie jest już gotowym scenariuszem na film. Mam na myśli losy Freda Zehnguta, jedynego syna znanego lwowskiego hotelarza i restauratora Zygmunta Zehnguta, właściciela m.in. hotelu i restauracji „Bristol”, „Savoy”, „New York”. Fred był we Lwowie lat trzydziestych znanym „pożeraczem” kobiecych serc, gwiazdą parkietów – tańczył znakomicie i z dużym zamiłowaniem, był duszą towarzystwa nocnych lokali. Prawdziwy „złoty młodzieniec”, któremu w głowie nie było przejęcie interesu rodziców. Marzyła mu się też kariera w filmie, nawet zagrał parę niewielkich rólek zaangażowany przez francuski oddział wytwórni „Paramount”. I niemal jak filmie, Fred zakochał się w jednej z tancerek zatrudnionych w lokalu jego ojca. Nie w smak to było staremu Zehngutowi, więc zwolnił tancerkę z pracy, licząc, że syn się opamięta. Fred na znak protestu opuścił dom rodzinny i spróbował żyć z ukochaną Adą na własny rachunek. Wyjechali do Francji z zamiarem otwarcia szkoły tańca. Niestety, plany spaliły na panewce, a o pracę w czasach szalejącego wówczas kryzysu było trudno. Para zaczęła popadać stopniowo w nędzę, mimo iż matki obydwojga wspierały ich finansowo w tajemnicy przed srogimi ojcami. Fred zdecydował się wrócić do Lwowa, musiał jednak spełnić warunek ojca – porzucić kochankę. Na potajemnym pakowaniu przez Freda walizki przyłapała go Ada i... zastrzeliła. Tragiczna śmierć odbiła się szerokim echem we Lwowie. Zwłoki Freda sprowadzono do Lwowa i tu go pochowano. Ada zaś stanęła przed sądem francuskim. I tu Czytelników zaskoczę, nie wdając się w szczegóły – sąd wydał wyrok uniewinniający.

Faktycznie, historia miłosna z zabójstwem mogłaby trafić wprost na ekrany i przed wojną, i dziś, zwłaszcza jeśli film kręciliby we Lwowie. Dziękuję za tak ciekawą rozmowę.

Naszych Drogich Czytelników, którzy chcą dowiedzieć się więcej o lwowskich słodyczach, odsyłamy do pierwszej rozmowy z Anną Kozłowską-Ryś „Zapomniane historie słodkiego Lwowa”, która ukazała się na łamach naszej gazety w numerze 9 (325) 17–30 maja 2019.

Rozmawiała Anna Gordijewska
Tekst ukazał się w nr 10 (326) 31 maja – 17 czerwca 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.